Od pewnego czasu zrezygnowałem z wyjazdów za granicę. Nie znaczy to, że zwiedziłem co bardziej atrakcyjne zakątki naszego globu. Wcale nie. Znajomość ta jest dosyć fragmentaryczna i stawia mnie w ogonie listy globtroterów. Jeszcze do niedawna gryzłem się tym faktem i bardzo zazdrościłem tym, którzy oglądali świątynie Majów, Mur Chiński, tudzież inne cuda świata. Rzetelnie dokumentowali to w różny sposób. Umieszczali fotki, ( przeważnie selfie), na Instagramie, facebooku czy innych społecznościowych targowiskach próżności. Przez jakiś czas miałem nawet ambicję stworzenia bloga o charakterze podróżniczym. Smutny koniec tego przedsięwzięcia przekonał mnie, żem cienki Bolek w te klocki.Dobijały mnie godziny przesiadywania na lotniskach tranzytowych, każdorazowa konieczność wybebeszania kieszeni, zdejmowania paska i prezentowania bebechów sprzętu fotograficznego. Przyjemność szybkiego przemieszczania się drogą lotniczą pomiędzy dwoma odległymi punktami psuły procedury bezpieczeństwa .
Rozterka
Swierdziłem, że mam spore luki w znajomości własnego kraju. Nagle okazało się, że nie byłem nigdy na Podlasiu, Roztoczu, Ziemi Kaliskiej – słowem patriota ze mnie jak z koziej dupy trąba! Rozumiecie – wszystko w zasięgu kilku godzin podróży samochodem. A ja nie widziałem rynku w Zamościu, nie spływałem Czarną Hańczą. Smak sejneńskiego sękacza dawno uleciał mi z pamięci. Widziałem Tadż Mahal, (o którym napisałem tutaj), ale nie postawiłem nogi na Mierzeji Wiślanej. Część zaległości już nadrobiłem. Ale jeszcze zimą planowałem zwiedzanie północnych Włoch i tygodniowe „leżenie bykiem” na plażach Morza Śródziemnego. Drzemiący we mnie kosmopolita i snob ponownie skierował moje oczy na obczyznę. Już w lutym kreśliłem plany podbojów doliny Aosty i włoskiej Riviery. Ułożyłem wstępną marszrutę i preliminarz. Koszty trochę przerosły moje oczekiwania, ale czego nie robi się dla atrakcyjnych zdjęć…
I tu z nieoczekiwaną pomocą przyszedł koronawirus, który zaatakował ze zwielokrotnioną siłą właśnie Italię. Szansę na doblo espresso w Portofino zmalały niemal do zera. Niepostrzeżenie zaszumiało mi pod oknem polskie morze. I przypomniały się wakacje z dziećmi sprzed lat.
Tu i teraz
Jeśli urlop to tylko w Jastarni. Koniecznie przed sezonem lub u jego kresu. A kiedy zaczyna się sezon? Według ośmioletniej Cecylii, która w moim opowiadaniu odgrywa ważną rolę, następuje to po trzech burzach po świętym Janie.
Cecylia jest siostrą Michaliny. Ma blond włosy, długi język i lubi kablować. To są jej własne słowa. Od niej samej dowiedzieliśmy się też, że kabluje głównie na siostrę, gdy ta, zamiast uczyć się zdalnie, gra w pasjansa. Michalina też jest istotną postacią. Była niewiele młodsza od siostry, gdy po sąsiedzku odwiedzała rano moich synów podczas wakacji, ponieważ koniecznie chciała bawić się z Patrykiem i Jankiem.
Wyrosła na inteligentną i kreatywną nastolatkę. Będzie o niej jeszcze okazja napisać. Nie obiecuję czy starczy mi miejsca w tym tekście, ale na pewno do Michaliny wrócę. Teraz pora skupić się na tytułowym bohaterze.
Rolki biorę praktycznie na każdy dłuższy wyjazd, gdyż zawsze znajdę kawałek płaskiego, w miarę równego terenu, na którym mogę śmiało pośmigać. Ponieważ rolki zajmują stosunkowo niewiele miejsca, dużo łatwiej je zapakować do samochodu niż rower. Na rolkach jeździłem na górze świętej Anny, w Kołobrzegu, w Zakopanem. Teraz przyszła kolej na półwysep Helski. Może nie ma tu idealnej infrastruktury, ale wzdłuż wybrzeża ciągnie się przyzwoita ścieżka rowerowa z kostki niefazowanej. W miejscach, gdzie ścieżka wiedzie nadgryzionym nieco zębem czasu betonem, można skorzystać z chodnika. Ale generalnie trasa jest przejezdna, chociaż mogłoby być wygodniej.
Tym razem jednak mogłem wykazać się również zdolnościami instruktorskimi. Chociaż nie posiadam papierów, a jedynie cierpliwość i umiejętność dogadywania się z dziećmi, więc jako amator podjąłem się udzielenia lekcji początkującej adeptce rolkarstwa.
Tor Ogrodowa
Teraz pytanie za sto punktów. Kto zdecydował się na ryzykowną próbę nauki pod moimi – ha, ha – skrzydłami? Tak, to Cecylia, która pomiędzy tysiącami innych informacji przemyciła fakt posiadania rolek. Przy okazji dowiedziałem się, że ma koty, ptaszki – zeberki australijskie, co robi jej Tato i dlaczego skonstruowałaby bombę. W tej ostatniej kwestii obowiązuje mnie tajemnica, której ujawnienie mogłoby zagrozić szkolnej edukacji mojej uczennicy.
Ponieważ wcześniej zarzekała się, że na rolkach nauczyć się nie da rady, czułem pewien psychiczny dyskomfort. Instruktorski debiut na ulicy Ogrodowej mógł mieć ogromny wpływ na prestiż uprawianego przeze mnie amatorsko sportu. W końcu dookoła królowały motorówki, yachty, kite-surferzy i rowerzyści. Wyprowadzenie rolkarstwa z niszowej pozycji rekreacyjnego hobby wydawało się zadaniem ponad siły. W przypadku porażki mógł upaść lansowany przeze mnie program: „Obieram sobie Hel za cel!”, albo: „Rolki wodne – bezpieczne i wygodne”.
Tymczasem już pierwsze kroki uświadomiły mi, że Cecylia jest rolkarką wieloaspektową. Z gracją przebierała nogami, stosowała się do moich poleceń, nawet wywracać potrafiła się bezboleśnie. A przy okazji rozglądała się za kotami, zrywała dla mnie rumianek i zagadywała przechodzących członków rodziny. Istny wulkan energii. Pierwsza lekcja, urozmaicana rolkowaniem po trawie, zakończyła się pełnym sukcesem.
Tort na Ogrodowej

Jakież było moje zaskoczenie, gdy następnego dnia dziewczyny przyniosły nam do domu tort. Większy od największego kółka rolkowego, piękniejszy od naśliczniejszych rolek. Obłożony białą masą, ozdobiony owocami i zwieńczony artystycznie wykonaną rolką. Padłem z wrażenia, ze wzruszenia zaniemówiłem na długą chwilę. Otóż moja uczennica zamówiła u Mamy tort, który w niecodzienny sposób, wspomagana zdolnościami siostry, przyozdobiła tematycznie.
W taki oto sposób wyjeździłem sobie wspaniały prezent, którego się absolutnie nie spodziewałem, gdyż intencja lekcji była absolutnie dobroczynna.
Tak to tor zamienił się w tort, a jeśli ktoś liczy, że jest szansa na skosztowanie, to grubo się myli. Ponad połowę spałaszowaliśmy z Cecylią i Michaliną i ich Rodzicami, a druga zniknie dzisiaj w charakterze niedzielnego deseru.