Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Z wizytą u gburów

Z wizytą u gburów

Nie będzie to, wbrew tytułowi, wizyta na sali sejmowej. Ani też u jakiegoś specjalnego gatunku niesympatycznych zwierząt. Ponarzekawszy w dwóch kolejnych postach na erupcję wczasowego wulkanu, udaję się na z góry, ( a właściwie z morza) upatrzone pozycje, czyli w głąb lądu. Ale nie liczcie na relację z dorzecza Kongo śladami Józefa Conrada Korzeniowskiego. Tym bardziej nie przeczytacie o australijskim interiorze, w który zapuścili się bohaterowie „Dzieci Kapitana Granta” – fascynującej powieści pewnego francuskiego pisarza. A już najmniej będzie to egzotyczna wyprawa z psimi zaprzęgami Roalda Amundsena przez Antarktydę, której dokładny opis dał Norweg w „Zdobyciu Bieguna Południowego”.
To wszystko wydarzyło się przed koronawirusem! Teraz nadszedł czas rozkoszowania się małym, ale pięknym – czyli niezwykłymi zakątkami Polski.

O! Karwia i tym podobne

Tę niewielką, kiedyś rybacką wieś odwiedziliśmy za podszeptem Karoliny, która niedawno spędzała tam wakacje u pana Jana. Liczyliśmy, że zastaniemy gospodarza, tymczasem nie było ani jego, ani roweru. Wokół żywego ducha, żeby zapytać co się z nim dzieje. Teoria optymistyczna głosiła, że pojechał na obiad, pesymistyczna, że przeniósł się poza ziemski horyzont. Ponieważ nie udało się tego ustalić, zrobiliśmy po Karwii krótki spacer. Przy okazji podziwialiśmy przejeżdżającą karawanę różnej maści Volkswagenów, niestety, na tyle szybkich, że nie zdążyliśmy strzelić fotek… Prawdopodobnie był to jakiś antypandemiczny zlot. Rozczarowani wsiedliśmy do naszego Tipiaka i posterowali w stronę Żarnowca.

Główne skojarzenie z tą miejscowością, to kontrowersje związane z powstaniem elektrowni jądrowej, której koniec końców nie zbudowano. Ostała się jeno szczytowo-pompową, podobna do tej na górze Żar. Ponieważ na Żarze byłem ( relacja tutaj), ciekawość popychała mnie w kierunku największej w Polsce – żarnowieckiej. Niezorientowanym krótko wyjaśnię ideę działania: podobnie jak w klasycznej elektrowni wodnej, spadająca woda obraca turbiny, które produkują prąd. Tylko, ze tutaj nie spada ona w sposób naturalny, lecz jest wpompowywana do położonego powyżej sztucznego jeziora.

Po co takie ceregiele? Otóż szczyt zapotrzebowania na energię elektryczną jest stosunkowo krótki, pozostały czas można wykorzystać właśnie do uzupełnienia górnego zbiornika. Sens ekonomiczny? Zużywamy tani prąd poza szczytem do napełnienia górnego jeziora, po to, by uzyskaną tak energię sprzedać drożej w szczycie. Są różne szkoły na temat opłacalności takiego rozwiązania. Niezaprzeczalnie jest bardziej ekologiczne niż elektrownie węglowe… Być może coś uprościłem, ciekawskich zapraszam do linku powyżej.

Klasztor Benedyktynek

Zamiast jednej spodziewanej elektrowni z z wieloma pajęczynami linii wysokiego napięcia, ujrzeliśmy przepiękny budynek kościoła pod wezwaniem Zwiastowania Pana, za którym skryły się zabudowania klasztoru Sióstr Benedyktynek. Wyremontowany kilka lat temu na stulecie niepodległości, prezentował się wspaniale wśród zielonych wzgórz morenowych okalających jezioro Żarnowieckie. Mnie zainteresował jeszcze niewielki budynek z cegły, który stał naprzeciw. Okazało się, że jest to szkoła gminna (gemeineschule) z czasów pruskich, z odsłoniętym oryginalnym napisem w języku niemieckim. Wraz z monumentalnym sąsiadem stanowił ciekawy zespół architektoniczny, przedzielony szosą.

W klasztorze od mniej więcej połowy XIII do XVI w. rezydowały siostry cysterski, na mocy fundacji cystersów z katedry oliwskiej. W 1589 roku klasztor przejęły benedyktynki z Chełmna. Pod koniec XVIII wieku Prusacy dokonali kasacji klasztoru. Ostatecznie zakon odrodził się w 1946 roku i istnieje do dzisiaj. Jak piszą internety jest centrum monastycznym Pomorza.
Zaopatrzeni w mega pigułke historyczną wchodzimy na przyklasztorne tereny. Na cmentarzu trwają pracę przy jednym z grobów, moja uwagę przykuła część, gdzie pochowane są dzieci. Niewielkie mogiłki skryły się za pięknie kwitnącymi krzewami.

W murze cmentarnym dostrzegam jeszcze kilka krzyży. Na jednym z nich widnieją gotyckie litery z nazwiskiem, datą urodzin i śmierci pochowanego tu być może kiedyś delikwenta. Miejsce pełne zadumy, refleksji, a na pewno dystansu do tego co się w świecie obecnie dzieje.
Warto zaglądnąć jeszcze przez kratę na gotyckie krużganki.

Skansen

Czas na nas. Gdyby nie GPS, trudno by było dotrzeć plątaniną dróg lokalnych nad samo jezioro. Przeciskamy się miedzy jakimiś zabudowaniami, ale wciąż nie widzimy tafli jeziora. Wreszcie z oddali przebłyskuje coś błękitnego. Zatrzymujemy się w Nadolu na polu, tfu – na dworze. Gdzieś nieopodal jest skansen i dojście do jeziora. Jezioro czynne, ale skansen zamknięty. Ponieważ nie możemy wejść, zadowalamy się informacją, że mamy przed sobą gospodarstwo gburskie, czyli bogatego rolnika. Gburem właśnie zwano zamożnego chłopa, a słowo zostało przyswojone przez Kaszubów z języka staro-wysoko niemieckiego. W Polsce dopiero w XIX wieku utrwaliło się znaczenie, którym posługujemy się współcześnie. Zapewne ci kaszubscy „kułacy” nie mieli zbyt przyjaznego charakteru, skoro pojęcie gbur zyskało negatywny wydźwięk. Już, już miałem pisać o pejoratywnej konotacji, ale pomyślałem, że byłoby to gburowate potraktowanie PT. Czytelników obrzydliwym makaronizmem. I wstawiłem tego „wydźwięka„, żeby zostać potraktowanym łagodnie.

Depresja i kaczki

Oblizawszy skansenowe resztki poszliśmy na przystań.
Uff!!! Ale piknie. Jezioro Żarnowieckie to takie ujemne Morskie Oko. Dlaczego ujemne? Ano dlatego, że jego dno znajduje się 5 metrów poniżej poziomu morza. Wynika to z prostego wyliczenia: powierzchnia jeziora leży 15 metrów nad poziomem morza, zbiornik ma 20 metrów głębokości, czyli 15 – 20 daje w rezultacie tzw. kryptodepresje. I co? Jest walor edukacyjny wycieczki? Jest! W nagrodę porobiliśmy fotki: sobie na pomoście, innym na wodzie, a na deser spożyliśmy gofra. Kaczki schowały się zanim skierowałem na nie obiektyw! Chyba upolitycznione…

Zajęło nam to wszystko tyle czasu, że już nie zaprzątaliśmy sobie głowy jakąś głupią elektrownią. Najdłuższą możliwą drogą, klucząc i błądząc, ogarnięci zupełnie jawną depresją dotarliśmy do domu.
A tam czekał na nas tort rolkowy, który został uwieczniony tutaj.
A na deser blogowy części urlopowej wkrótce zaserwuje relację ze spaceru nad Zatoką Pucką w Kuźnicy. Oj, będzie się działo!!!

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę