Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Zbieram głosy

Zgłosiłem się na członka komisji wyborczej. Jako odpowiedzialny obywatel postanowiłem zostać aktywną cząstką demokracji parlamentarnej. A właściwie prezydenckiej, bo przedsięwzięcie dotyczyło elekcji głowy państwa.

Szkolenie

Zaczęło się od szkolenia w siedzibie urzędu miasta. Jego główną częścią było ukonstytuowanie się komisji oraz wybranie przewodniczącęgo. Z braku lepszego kandydata zostałem zaszczycony pełnieniem tej funkcji. Dodam, że z 6 osób chętnych do prac przy wyborach 3 nie pojawiły się na szkoleniu . Pani Kasia, bo opiekuje się mamą, pan Józek, bo nie dostał smsa z informacją, a pani Kornelia w ogóle zrezygnowała. Niewiele straciły, gdyż wartość szkolenia równa była zeru. Prowadzący przedstawił zalecenia ministerstwa zdrowia oraz wskazał miejsce w internecie, w którym znajduje się prezentacja. Czyli takie wyborcze selfie. Sam się naucz jak poprawnie przeprowadzić wybory. Nie dziwi to w dobie pracy zdalnej. Trzeba sobie jakoś radzić. Ja, jako człowiek roztargniony rzeczonej prezentacji nie znalazłem, posługiwałem się regulaminem komisji.

Na kilka dni przed wyborami sen postanowił opuścić moje znękane ciało, a do mojej głowy dobrały się wątpliwości co do skutecznych efektów pracy.

W sukurs przyszła mi pani z urzędu. Zezwoliła na „doszukanie” 3 członków komisji. Zaświtała nadzieja, że opanujemy hordy obywateli żądne głosowania. Ostatecznie udało się skompletować siódemkę. Dobra nasza. Liczba co prawda nieparzysta, ale szczęśliwa. Damy radę. Dwie zmiany po troje i skoczek.

Głosowanie

Pan Kacper zastrzegł na wstępie, że nie będzie wydawał kart, bo ma kłopoty ze wzrokiem i może mieć problemy z wyszukiwaniem nazwisk. W zamian gonił po sali i dezynfekował po wielokroć wszystko. W pewnym momencie miałem wrażenie, że na tak zdezynfekowanym terenie możemy spokojnie przeprowadzić jakąś skomplikowaną operację na otwartym sercu. Dodatkowo przy próbie uporządkowania potoku wyborców, który napłynął po mszy, doprowadził do poważnego kryzysu. Otóż na sali normy koronawirusowego dystansu zostały naruszone kilkakrotnie. Obywatele tłoczyli się jak w autobusie do ZOO podczas upalnego weekendu. Krótko mówiąc – spisał się na medal. Dyskrecja nie pozwala mi napisać, który komitet reprezentował.

Natomiast pan Józek kategorycznie odmówił noszenia maseczki, a nawet przyłbicy. Trochę mnie to wkurzyło, bo wcześniej nie deklarował takiego zamiaru. Zwróciłem się do niego z pretensjami o to. Z olimpijskim spokojem odparł, że przecież nie pytałem. To prawda. Nie pytałem go też o stan cywilny, zawartość bilirubiny we krwi, średnicę nabojów, którymi powalił ostatniego bizona. Słowem – jako przewodniczący komisji skompromitowałem się doszczętnie.

Sugestia, iż komisja większością głosów podpisze uchwałę, która pozbawi go pełnionej funkcji zbył stanowczym stwierdzeniem, że ma prawo się odwołać. Przyjąłem to z zadowoleniem, gdyż przekonałem się, że pan Józek to obywatel świadomy, któremu byle przewodniczący w kaszę dmuchać nie będzie. Dodam, że mój oponent reprezentował komitet wyborczy kandydata, który nie otrzymał ani jednego głosu. Stwierdziłem, że nie ma się co przejmować i walczyć z tym cyrkiem straceńców.

Zdecydowanie w ogólnej ocenie najlepiej wypadła pani Kasia. Wprowadziła standard jeden wypalony papieros na kwadrans, co skracało czas jej aktywnej pracy o około 30%. Ponieważ była na własnym terenie, nadrabiała przeróżnymi dywagacjami z osobami, które podchodziły do jej stolika. Szło jej to świetnie. Widać było, że perfekcyjnie opanowała wiedzę ze stosunków rodzinno-towarzyskich miejscowej socjety. Tym samym wydłużała dość znacznie czas obsługi, stwarzając jednakowoż miłą i przytulną atmosferę.

Rozczarowanie

Z pewnym niepokojem obserwowałem trzech najmłodszych członków komisji, którzy wytrwale i bez specjalnej opieszałości wydawali karty i gromadzili w zamian podpisy. Pomyślałem sobie, że musieli mieć trudne dzieciństwo. Pracowali bowiem bez oporów i zbędnych przerw, diametralnie odbiegając od luzackiego stylu swoich starszych współpracowników. Pomyślałem sobie, że po zakończeniu wyborów zasugeruję im wizytę u psychoanalityka, bo z tak rzetelnym podejściem do pracy nie znajdą sobie miejsca w społeczeństwie. Co więcej, będą mieli problem z awansem zawodowym, bo nie wyglądało na to, że chcą w taki czy inny sposób przekonać przewodniczącego o swej wartości. Bardzo mnie to rozczarowało, gdyż oprócz skromnej diety liczyłem na jakieś dodatkowe korzyści z pełnionej funkcji. Ale cóż, mam nadzieję, że z wiekiem nabiorą doświadczenia :). Może już przed drugą turą?

Jak się okazało po zamknięciu lokalu wyborczego, samo głosowanie to tylko wierzchołek góry lodowej. Opisanie jej podwodnej części muszę poważnie przemyśleć. Nie chcę Czytelników zmrozić jakimiś niesprawdzonymi informacjami. Dlatego proszę o cierpliwość i trzymanie kciuków, bo tymczasem za oknem rozszalała się symfonia psich jęków i szczeków. Ciekawe czy głosują na kogoś konkretnego?

PiS czyli Post i Scriptum: imiona bohaterów zostały zmienione. NIe tylko ze względu na RODO, ale znaną powszechnie przyzwoitość autora.
CDN, a jakże.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę