Głosowanie skończone
Gdyby ktoś nie czytał poprzedniej relacji, może to zrobić tutaj.
Lokal zamknięty, wlot urny zapieczętowany. Ochoczo zabraliśmy się do pracy. Poszło nam nad wyraz sprawnie. Poukładaliśmy karty, rozdzielili między członków komisji. Zgodnie z procedurą liczyliśmy przy jednym stole, bez podziału na „podkomisje”. Weryfikowaliśmy wyniki krzyżowo, aby uniknąć pomyłki, która mogła zaciemnić obraz sytuacji. Liczba oddanych głosów zgadzała się z ilością podpisów na listach. Suma zwolenników poszczególnych kandydatów równała się ilości wszystkich uczestników głosowania. Punkt po punkcie wpisywaliśmy do protokołu otrzymane wartości, aby po zakończeniu pani oddelegowana do obsługi informatycznej mogła je wprowadzić do systemu. Wydawało się, że tegoroczne głosowanie weszło na wyższy poziom.
Punkt programu, którego najbardziej się obawiałem zrealizowaliśmy bez żadnego potknięcia. Ale okazało się, że…
głosowanie to schody,
które zaczęły się w momencie pakowania materiałów wyborczych. Co ciekawe, około północy przyszedł sms z informacją, że najpierw powinniśmy rozliczyć protokoły, a worki z policzonymi głosami dostarczyć po zaakceptowaniu dokumentacji. Z podtekstu wynikało, ze komisja musi czekać w lokalu na zakończenie pierwszego etapu. Przyczyna – przeciwdziałanie gromadzeniu się zbyt licznej rzeszy ludzi jednocześnie z powodu koronawirusa. Telefonicznie potwierdziłem ten sposób działania. Wywołało to pewne zamieszanie i kontrowersje. Po krótkiej naradzie uznaliśmy, że przewodniczący zamówi taksówkę i weźmie całość materiałów. Następnie z siedziby urzędu w Rynku Podgórskim zadysponuje ewentualne rozformowanie komisji.
To co ujrzeliśmy w Rynku Podgórskim w świetle reflektorów podkreślających neogotycką sylwetkę kościoła św. Józefa przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Przypomniałem sobie obozy koczowników żądnych paszportu, które za komuny rozkładały się przed odpowiednimi urzędami. Chociaż, wziąwszy pod uwagę spore ilości parcianych worków otaczających znękanych oczekiwaniem ludzi, obraz bardziej kojarzył się z pospieszną emigracją. Kto wie, może dalszy rozwój sytuacji politycznej zmusi co światlejszych obywateli do podjęcia zdecydowanych kroków w tym kierunku. Szczególnie uczulam „warszawkę” i „krakówek”, które zostały zakwalifikowane jako lokalizacje szczególnej troski obecnego prezydenta.
Za czym kolejka ta stoi?
Pierwsze pytanie, które zadaliśmy po opuszczeniu taksówki dotyczyło końca kolejki. To taki odruch człowieka wychowanego w czasach niedoborów wszelakich produktów. Często też padało wtedy pytanie za czym stoi kolejka, bo skoro stoi, to na pewno jest szansa na jakiś wartościowy zakup. Ludziom młodym, którzy nie rozumieją wyłożonej przed chwilą logiki proponuję kontakt mailowy. Zorganizuję bardzo chętnie krótkie seminarium na temat realiów życia w komunie!
Tym razem okazało się, że nie ma konieczności ustawiania się w „ogonku”. Należy w okienku złożyć protokoły i po akceptacji informatycznej grzecznie czekać na wywołanie numeru komisji. Dla porządku dodam, że minęła właśnie godzina 1. w nocy. Dodam, że jeszcze zanim zadzwoniłem do mojego zastępcy, pani Kasia ( imię fikcyjne) dała samorzutnie sygnał do rozejścia się! To się nazywa wyczucie chwili…
Trudno było ocenić ile konkretnie osób tłoczy się przy urzędzie, ale wyglądało, że są już przedstawiciele kilkudziesięciu komisji.
Przyznam, że z ciekawością obserwowałem różne indywidua, których zachowanie wskazywało raczej na drobne problemy psychiczne, niż uczestnictwo w zbożnym dziele budowania demokracji. Dwóch dziwnych panów w niedbałych imitacjach marynarek przechadzało się tam i z powrotem. Korpulentna, jak mniemam – przewodnicząca komisji, której wyraźnie nie udało się skompletować wymaganych papierów, wciąż konsultowała swoje problemy z pozostałymi współtowarzyszami niedoli. Podejrzewam, że głosowanie wywrze niezatarty ślad na jej psychice!
Słowem, atmosfera jak przed egzaminem wstępnym na wyższą uczelnie. W dodatku na wydział, który oferuje bardzo mało miejsc. Oczywiście funkcjonowała nieodzowna giełda, na której wymieniano się niesprawdzonymi informacjami. Ile będziemy czekać? Czy środki dezynfekujące trzeba zwracać? Co, jeśli odrzucą spakowane materiały? Z jednej strony zabawne to wszystko było, z drugiej tragiczne. W dobie informatyzacji, cyfryzacji i fraternizacji nadrzędna komisja wyborcza potraktowała nas jak zwykłe mięso armatnie. Dostaniecie diety? To cicho siedźcie i czekajcie…
Pogaduchy
Jak to zwykle często bywa, spotkałem znajomego z dawnych czasów narciarsko-turystycznych. Ponieważ „krakówek” to jednak taki większy grajdoł, zawsze można liczyć, że spotka się jakąś dobrą duszę, która umili trudny czas. Tak było i w przypadku Pawła ( tym razem imię oryginalne). Wspominanie całej rzeszy wspólnych znajomych pozwoliło doczekać nam szczęśliwie do świtu. Przypomnieliśmy sobie to i owo, wymieniliśmy się bieżącymi informacjami, a nade wszystko uzgodniliśmy wspólne stanowisko polityczne, niekoniecznie łaskawe dla obecnego rządu. Zastanawialiśmy się, co też musi dziać się w punkcie przyjęć, skoro numery komisji były wywoływane mniej więcej co kwadrans. Czyżby kontrola surowsza niż na lotniskach po atakach na WTC? Fakt faktem, że materiały niekoniecznie precyzyjnie opisywały sposób pakowania… Ten i ów mógł popełnić drobne błędy. Protokoły po zaakceptowaniu informatycznym wędrowały do sędziego wyborczego oddalonego o jakieś 4 km. Jego rola polegała na akceptacji ustaleń każdej komisji, co zapewne ograniczało sprawne procedowanie.
Tymczasem minęła godzina 3 nad ranem, wstępnie typowana przez nas jako moment powrotu do domu. Tłum zrzedł tylko nieznacznie, a my zaczęliśmy podejrzewać, że przyjdzie nam tu obozować do drugiej tury. Wreszcie padł numer 160! Nie, nie, to nie koniec. Z piekła zostaliśmy przeniesieni do czyśćca, czyli na wewnętrzne podwórko z poustawianymi krzesłami. Tam przyszło nam przesiedzieć w rodzinnej atmosferze jeszcze jakieś 15 minut, co chwilę przesiadając się jak w poczekalni przychodni zdrowia…
Sam akt ekspiacji odbył się niemal w milczeniu. Odebrano trzy worki, podano mi do podpisania protokół i w 5 minut byliśmy wolni. Żadnych pytań. Wyglądało na to, że cała procedura uległa znacznemu uproszczeniu, a panie, które sprawdzały zwracane dokumenty też mają już serdecznie dość wszystkiego.
Glosssa do głosów
Mam nadzieję, że powyższy tekst nie zdradza żadnych tajemnic wagi państwowej, oprócz kompletnej niezdolności organizacyjnej odpowiedzialnych za wybory i głosowanie. Ponieważ jednak tę cechę uważam za immanentną dla wszelkich urzędów pozwalam sobie nie wszczynać larum w tej materii.
Dodam tylko krótko, że najprawdopodobniej przeciętny obywatel ma więcej problemów z załatwieniem sprawy w dowolnym urzędzie niż Amundsen problemów ze zorganizowaniem wyprawy na Biegun Południowy.
Z utęsknieniem czekam na kolejne głosowanie!