Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Pedał i pióro

Pedał i pióro

Miniony, międzywyborczy weekend poświęciłem między innymi na sprawdzenie swojej tężyzny fizycznej. Takie okresowe kontrole mają u mnie dość długą tradycję.

Ponad 10 lat temu wyszukałem w internecie cykl zawodów dla kolarzy szosowych amatorów pod obiecująca nazwą „Road Maraton”. Byłem świeżo po nabyciu roweru krossowego, który podarowała mi na urodziny moja żona. Jest to pojazd pośredni między rowerem szosowym a MTB. Znakomicie sprawdza się na twardej nawierzchni, ale już jeżdżenie po wertepach jest sporym wyzwaniem dla tylnej części ciała. Wzajemna relacja siodełka i pupy ma tutaj kluczowe znaczenie.

Zawód zawodnika

Relacja
Start do zawodów Road Maraton

W swojej świętej naiwności pomyślałem, że właśnie mój Scott będzie idealnym kompanem do wspomnianego wyżej cyklu. Nie przejąłem się faktem, że większość uczestników dysponuje tzw. „szosą”, czyli współczesną wersją roweru, na którym w latach 70 zwyciężali Szozda i Szurkowski. Naiwnie wierzyłem, że moje zimowe treningi zniwelują niedobory sprzętu. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilkuset metrach znalazłem się w ogonie peletonu, a po kilku kilometrach wyścig zmienił się dla mnie w jazdę indywidualną na czas. Wzięły w łeb wszelkie taktyczne kalkulacje. No bo jeśli ja kręcę pedałami jak szalony, a szosowcy jadą z górki bez wysiłku, jakby ich ktoś nakręcił sprężyną? Po dwóch startach przesiadłem się na rower szosowy. Mimo wszystko debiut na Pucharze Równicy zaliczyłem do udanych, głównie ze względu na pokonanie podjazdu z Ustronia na Równicę stromymi serpentynami po obrzydliwej kostce, jeszcze chyba przedwojennej.

Warto wspomnieć, że pomysłodawcą cyklu Road Maraton byli Jan Ferdyn i Wiesiek Legierski, który do dzisiaj para się organizacją zawodów. Niestety Pan Jan zginął tragicznie w wypadku kilkanaście dni przed pierwszymi zawodami, potrącony na dwupasmowej szosie ze Skoczowa do Wisły przez kierowcę audi.

Ścigałem się przez prawie trzy sezony, przy czym Puchar Równicy był zdecydowanie najbardziej pechowy. W 2011 roku uległem kontuzji podczas karkołomnego zjazdu wąską, asfaltową drogą. Relacja tutaj. W 2012 przeżyłem załamanie pogody, gdy ze słonecznych 25 stopni zrobiło się deszczowe 12. Nigdy wcześniej, ani później nie zdarzyło mi się tak zmarznąć. Zresztą nie tylko mnie. Marcin i Paweł, członkowie teamu „Szosowanie” przeżyli dokładnie to samo.

Relacja ramię w ramię

Oprócz walorów sportowych niebagatelne znaczenie miało pisanie relacji z zawodów. Na przykład zakończenie sezonu 2010 popełniłem wierszyk satyryczny, który cieszył się sporym powodzeniem wśród uczestników. Zainteresowanych odsyłam do oryginału, a tu zacytuję dwie zwrotki:

Autor jest nierad, bo Stasiu Radzik
Każe mu ciągle oglądać zadzik.
 

Tłum barwnych kasków, z pampersem gaci,
To jest wyróżnik kolarskiej braci.

Relacja ze Spytkowic
Ze Stasiem na Podhale Tour w Spytkowicach

Stasiu Radzik to był mój konkurent z tego samego rocznika, świetny facet, który był członkiem mistrzowskiego, nieistniejącego już teamu „Bikeholicy”… O ile na początku miałem nadzieję na nawiązanie ze Staszkiem rywalizacji, to po pewnym czasie jednak przekonałem się, że zostawia mnie daleko w pokonanym polu. Ale cóż, Stasiu mieszka na Pogórzu Wielickim i ma na wyciągnięcie ręki kilkanaście podjazdów. To kudy mi, nadwiślańskiemu smokowi nizinnemu do górala podkrakowskiego.

W związku z tym próbowałem zabłysnąć w pisaniem relacji. Czasem miałem nawet wrażenie, że nawet miejsce na mecie ma drugorzędne znaczenie. Już w czasie jazdy układałem sobie w myślach szkielet tekstu. Długa, często prawie 200 kilometrowa trasa sprzyjała tworzeniu :).

Naonczas maratony były bardziej wydarzeniem towarzyskim niż sportowym. Po zawodach siadaliśmy przy makaronie i piwku i rozmawiali o tym i o owym. Nawiązywała się świetna relacja. Bardzo to fajne były momenty, gdy mijało zmęczenie, a zaczynało się dzielenie wrażeniami. Przelewałem je później „na papier” używając dość specyficznego poczucia humoru. Dawałem wyraz swoim frustracjom z powodu kiepskiego wyniku:
 Tymczasem Marcin mnie wyprzedził, Stasiu Radzik mnie wyprzedził, facet na żółtym motorze mnie wyprzedził. Nawet własne myśli mnie wyprzedziły, bo zaledwie ruszyłem, już myślałem o mecie” pisałem w relacji z czasówki w Orzeszu. Opublikowałem ją pod znamiennym tytułem „Początek drugiej setki”, który mógł sugerować źródło weny twórczej podczas jej pisania.

W zdrowym ciele zdrowy duch

Relacja z Sanoka
Sanok 2010 Podium w kategorii 🙂

Jak więc widać, próbowałem łączyć zalety wychowania spartańskiego z cechami życia duchowego Ateńczyków. Pomimo, że po 3 sezonach zdradziłem chwilowo kolarstwo na rzez rolkarstwa, obie te dyscypliny pozostają bliskie memu sercu. I, zupełnie inaczej niż w polityce, urodziły się z nich wyłącznie udane znajomości i przyjaźnie.

Dlatego wspomniany we wstępie weekend podzieliłem sprawiedliwie między rower – sobotnia wycieczka wzdłuż królowej rzek polskich poprzedziła niedzielne rolkowanie zatłoczonymi bulwarami. Kontrola wypadła pozytywnie, zmęczenie i ból mięśni nie wykraczały poza parametry właściwe dla wieku. Tylko jakby oddech nieco krótszy :). Ale to pewnie z powodu frustracji wyborczych…

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę