„Wigilijne remanenty” – wierszyk napisany w chwili kulinarno-religijnej słabości:
Moja żona, Zosia
Najpierw podała w Wigilię łososia.
„To jakiś żart”
żachnął się karp.
I zamienił się w prosię.
Więc Teściowa, która kocha tradycję
z punktu wszczęła doraźną inkwizycję!
Indaguje wnikliwie Zosię:
„Skąd się wzięło na stole prosię?
Ja nie wezmę do ust ni kęsa,
bo w Wigilię nie jada się mięsa!”
Zaczęło się dochodzenie:
kto i gdzie kupował jedzenie?
Szwagier zastawił zręcznie sidła
kierując podejrzenia na markety Lidla.
Debaty i dyskusje trwały do rana.
Jedni stawiają na Kaufland, inni na Auchana.
Prawica twierdzi, że mamy fart.
Bo z polskiego chowu pochodzi ów karp.
Lewica korektę zgłasza do mojej żony:
to ryborobotnik jest, a kolor jego czerwony.
Słysząc te brednie prosię dostało sraczki
i przeszło transformację w postać niewielkiej kaczki…
?
Wigilijne remanenty w wersji audio, więc korzystajcie, ponieważ taka okazja się nie powtórzy:
PS. A dla rozluźnienia proponuję moje fraszki eteryczno-erotyczne: ZAPRASZAM