Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Białe Boże Narodzenie

Białe Boże Narodzenie

Kiedyś, czego nie pamięta młode pokolenie, przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia trwały kilka miesięcy. Znosiło się do domu różne eksportowe puszki z szynką Polish Ham ( tu ciekawa historia z „Pulsu Biznesu”), czekolady, cukierki – głównie mieszankę krakowską. Rarytasem były też czekoladki z „Wawelu”. Orzechowe, z wiśnią – może ktoś pamięta ich konkretne nazwy. O ile wiem nadal można je kupić. Jednej rzeczy nie dało się kupić i przewidzieć. Czy będzie śnieg. Białe Boże Narodzenie zależało wyłącznie od sił przyrody, która z reguły nie zawodziła. I pokrywała Matkę Ziemię białym puchem. Przynajmniej na naszej szerokości geograficznej.

Dawało to młodzieży możność wyszalenia się na sankach i nartach pod Kopcem Kościuszki na tzw. „Dworskich Polach”. Pamiętam, do moich pierwszych nartek miałem takie plastikowe, zielone kijeczki. I pewnego pięknego dnia nieuważny saneczkarz mi jeden z nich złamał. Ale to był dramat! Od tego momentu znienawidziłem saneczkarzy i bardzo niechętnie używałem tej formy zimowej rozrywki… Niestety, teraz już Dworskie Pola doszczętnie zarośnięte krzaczorami, które kommpletnie zasłaniają widok z fortu pod Kopcem Kościuszki. Nawet wczoraj, na spacerze chcieliśmy podziwiać panoramę Krakowa, lecz srodze zawiedliśmy się.

Tereny pod Kopcem dosłownie oblegane były w początkach zimy stanu wojennego, gdyż wyjazdy poza Kraków wymagały specjalnego pozwolenia. Oczywiście o żadnym wyciągu mowy nie było, chętni musieli dreptać pod górkę, żeby później smakować każdy metr zjazdu. Mieszkańcy Zwierzyńca docierali piecht ą, pozostali głównie tramwajem do pętli na Salwatorze. Nawet powstało żartobliwe powiedzonko o Salvadorze Dalim: „Salvador dali nie jedziemy”. Nie przypominam sobie natomiast, czy pojawiały się jakieś samochody… Ale i tak wszyscy byli szczęśliwi, że mogli uciec od czarnych myśli związanych z niewesołą sytuacją w Polsce okupowanej przez PZPR i ZOMO.

Lisi Jar i Sikornik

Oprócz opisywanych dworskich pół na nartach i sankach dało się również jeździć po zachodniej stronie Kopca Kościuszki. Jeszcze przed skrętem w prawo w kierunku fortu należało pójść kawałek prosto, żeby zapiąć dechy i puścić się w dół Lisim Jarem. Był to niezbyt szeroki wąwóz wiodący przez zagajnik, o długości około może kilometra, który wyprowadzał na pola. Jeszcze kilkaset metrów i dochodziło się na niebyt stromy, północny stok. Docierało tu zdecydowanie mniej amatorów białego szaleństwa, atmosfera była bardziej kameralna. Nie pamiętam zbyt wielu szczegółów tych wypadów, czas zatarł je w pamięci. Jednak gdzieś tam pętają mi się one w pamięci na dowód, że i w tych trudnych czasach dało się żyć.

Piszę to też trochę dlatego, że szlag mnie trafia, że nasi rodzimi malkontenci utyskują, iż nie mogą nigdzie wyjechać na narty. Podobno nawet Rubik, którego pasjami nie cierpię, narzekał, że przez wirusa nie poleci w tym roku na Sylwestra do Australii!. Biedaczek!!! Będzie musiał marznąć w naszym ohydnym, umiarkowanie nieprzyjaznym klimacie.

Oczywiście Białe Boże Narodzenie to już raczej historia, ale przecież można dla bezpieczeństwa własnego i innych wymyślić sobie jakieś bardziej lokalne rozrywki!

Wracam jeszcze na chwilkę pod Kopiec Kościuszki. Nieopodal miejsca, które opisuje przez czas krótki funkcjonował na Sikorniku stok slalomowy zagospodarowany przez Andrzeja Bachledę. To było raczej grubo przed stanem wojennym – nasz znakomity alpejczyk wykarczował kawałek lasu i przysposobił polanę do szusów na dwóch deskach. Co więcej uruchomił nawet wyciąg – wyrwirączkę. Wszystko to funkcjonowało bardzo krótko, ale razem z Rodzicami udało mi się z tego dobrodziejstwa zimowej infrastruktury korzystać. Warto wspomnieć, że wszystkie te stoki znajdowały się w promieniu około 3 km od mojego domu. Bywało, że gdy miałem mało lekcji zarzucałem na plecy dechy i leciałem pośmigać pod kopcem. A w niedzielę to już obowiązkowo! Wiele bym dał, żeby móc teraz powtórzyć te dziecięce eskapady!

I’m dreaming of the White Christmas

Ale cóż – każdego stać na samochód, niemal każdy przy odrobinie wysiłku może polecieć do Tajlandii, nawet nie wypada się przyznać, że nigdy nie jeździło się na nartach w Alpach. Polish Ham, a nawet Cham jest osiągalny bez trudu, łakociami możemy zasypać dowolną tatrzańska dolinę…

Tylko, do cholery, gdzie się podziało to Białe Boże Narodzenie?

PS. O innych aspektach zimy piszę w felietonie „Dziura w oscypku”.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę