Wzięłem się za bieganie. Pisze „wzięłem się”, ponieważ przemiła Czytelniczka napisała, że mam bogaty zasób leksykalny. Zrozumiałem, że w ten niezwykle wyszukany sposób dała mi do zrozumienia, iż potrafię pisać po polsku. Przestraszyłem się nie na żarty, bo w dzisiejszych czasach z byle powodu mogą człowieka odesłać na kwarantannę. Lepiej więc z jakimikolwiek bogatymi zasobami się nie afiszować. Nie dość, że kłują w oczy sąsiadów, to jeszcze urząd skarbowy może na nich usiąść. Lepiej postrzegani są ci, którzy od rządu biorą. A za bieg po zdrowie nikogo na razie nie ukarano.
Za jogging bierę się systematycznie raz na trzy lata, mniej więcej trzy dni po świętach. Nie z uwagi na nadwagę, u mnie o nadwagę równie trudno, jak polskiemu rządowi o zdrowy rozsądek. Na szczęście ostatnio prezydent milczy, co poprawia statystykę sensownych wypowiedzi. Nie wiem czy prezydent biega, chociaż przy unieruchomionych wyciągach i dodatniej temperaturze nie ma najprawdopodobniej wyjścia. Na zapleczu Belwederu tupta do Ł azienek i podobnie jak ja, może bez szkody dla państwa polskiego odwiedzać je wielokrotnie. Ja zaglądam do łazienek – tak, tak, dorobiłem się dwóch – przez małe „ł”, ale jest to raczej związane z wiekiem, niż pełnieniem funkcji politycznych. Co ciekawe, czas w łazienkach zapętla się bardziej niż u Einsteina i ciągle brakuje papieru toaletowego.
Mocny w kroku
Otóż biegam, żeby „wyrobić” normę kroków. Domaga się tego ode mnie smartwatch pikający, gdy robię się nieruchawy. Pilnuje mnie bardziej, niż policjanci podczas kwarantanny – o czym możecie przeczytać w tym linku. Ten inteligentny zegarek wraz z aplikacją wciąż udowadnia mi, żem leń co się zowie. Inni mają już po 50 tys. kroków, a ja ledwie po raz trzeci do łazienki się dowlokłem.

To ma być bieg po zdrowie? – pyta mnie z niemym wyrzutem. To nawet nie są zawody, o których wspomina Gałczyński w starszym ode mnie o 9 lat „Liście z Fiołkiem”. Ty nawet we śnie nie przebiegniesz stu metrów – bezczelnie drwi ze mnie mój Garmin! Zatem wzuwam moje wysłużone i zabłocone buty i pokonuje kolejne kilometry.
Bieganie najbardziej cieszy mnie 4. lub 5. dnia, kiedy to kręgosłup odmawia mi posłuszeństwa, a stawy biodrowe zamieniają się w Gąsienicowe w lecie ze względu na ich niezwykłą płynność. Kolana domagają się zaawansowanych technologicznie protez, a głowa miota przekleństwa na filozofię fitness. Co i rusz doradza mi, żebym się wreszcie porządnie utuczył, rzucił kolarstwo i rolkarstwo, a przerzucił się na specjalności kulinarne i browarnicze.
No i powiedzcie mi Państwo sami, jak tu zrzucić leksykalny balast, gdy nawet podczas biegu po zdrowie rozmawiam sam ze sobą? A podobno czasem warto pogadać z kimś inteligentnym 🙂