Na fotografii powyżej: Anna i Wawrzyniec Józefczyk.
Dzieci – od lewej: mój Tato – Piotr, Tosia, Jasiek i Marian.
Dzień Babci obchodzi w tym roku swoje 57 urodziny. Podobnie jak Dzień Kobiet, został wymyślony po II wojnie światowej, jak się mogę tylko domyślać, jako część obrzędowości świeckiej. W zamyśle miała to być przeciwwaga dla świąt kościelnych. Ale niezależnie od motywu, którym kierowała się redakcja „Kobiety i Życie”, pomysłodawca Dnia Babci, wszedł on na stałe do polskiego kalendarza.
Dzień Babci po mojemu
I bardzo dobrze! Przecież Babcia jest instytucją. Niezbędną, a często wraz z Dziadkiem jedyną deską ratunku w naszym zwariowanym i pełnym gonitwy świecie. Najlepiej wiedzą o tym ci, którym emigracja zarobkowa do innego miasta odcięła dostęp do „usług” rodziców któregoś z małżonków. Najlepsza nawet niania nie zastąpi ciepła i opiekuńczej ręki Seniorów.
Emilia i Wojciech
Oczywiście wstęp ma zdecydowanie egoistyczny podtekst. Wspominam dzisiaj moich Kochanych Dziadków. Los tak chciał, że zakopiańscy Dziadkowie ze strony Mamy odeszli wkrótce po moim urodzeniu. Znam ich więc z nielicznych zdjęć i częstych wizyt na grobie w stolicy Tatr. No i z faktu, iż w swoja pierwszą podróż ruszyłem na Podhale w wieku 3 miesięcy. W kwietniu 1959 roku, właśnie na pogrzeb Dziadka Wojciecha Ciesielki. Pamiętajcie, że w roku 1959 podróż z małym dzieckiem wcale nie należała do łatwych. Autobus jechał ponad 3 godziny, a konieczne było jeszcze dostanie się na dworzec. Generalnie gehenna podróży w tamtych czasach to zupełnie osobny temat! Babcia przeżyła męża o niespełna 7 miesięcy, ponieważ pogrążyła ją rozpacz po stracie Wojciecha.
Śmierć Dziadka w dużej mierze była spowodowana pobytem w więzieniu. Nie, nie był opozycjonistą w sensie politycznym. Jeszcze przed wojną prowadził przy ulicy Nowotarskiej, nieopodal Gubałówki masarnię. Może nie wszyscy wiedzą, że wówczas mięso było artykułem równie strategicznym jak dzisiaj rakiety balistyczne. Przyczyną jego niedoborów było oczywiście centralistyczna gospodarka, ale władze próbowały znaleźć winowajców wśród prywatnych producentów. Nie znam szczegółów sprawy Dziadka, ale wiem, że od kary śmierci uratowała go interwencja żony, co skończyło się ułaskawieniem przez Bieruta. Ale stalinowskie metody przesłuchań zrobiły swoje. Dziadek podupadł na zdrowiu i zmarł 30 kwietnia nie doczekawszy 75. urodzin. Babcia przeżyła go o pół roku.
Podobno na urodziny dostałem złota monetę iluś tam dolarową, która rozpłynęła się w dziejowych mrokach mojego życia.
Anna i Wawrzyniec
Tutaj historia jest dużo bardziej optymistyczna. Rodzice Taty, którzy pochodzili z podkrakowskich wsi Rybna i Ściejowice po przenisieniu się do Krakowa początkowo mieszkali przy ul. Św.Jana 14, by potem przenieść się do oficyny domu przy Floriańskiej, sąsiadującego bezpośrednio z Domem Matejki. Bliżej bramy Floriańskiej były witryny Zakładu Optycznego Voigta i tajemnicze, ale piękne wnętrza Jamy Michalikowej. Mogę śmiało powiedzieć, że to właśnie podczas wizyt na krakowskim Starym Mieście przesiąkałem artystyczną atmosferą Krakowa. W samym mieszkaniu luksusów nie było, Dziadkowie dzielili je z rodziną Szlachciców, jak dobrze pamiętam łazienka była za parawanem, a „wychodek”, czyli WC na zewnątrz. Dobrze pamiętam mieszkańców tej kamienicy. Mecenasa Edwarda Kaletę, niewysokiego, łysawego i korpulentnego pana. Państwa Soników – z Bogusiem, europosłem i Jurkiem, bawiłem się na podwórku. Tutaj wspomnienia mogą się rozlać szeroką rzeką, ale ma być przecież o Dziadkach.
Bardzo lubiłem u nich nocować. Dziadek, w nieodzownym kapeluszu i z laseczką często zabierał mnie na Planty. siedzieliśmy tam na ławce, karmili gołębie, ( nawiasem mówiąc inni sąsiedzi Dziadków nosili takie właśnie nazwisko – Gołąb) lub podziwiali łabędzie z romantycznego mostku nad sadzawką. O ile pamiętam Wawrzek, bo tak do niego zwracała się żona, pracował jako woźny w biurach nad lokalem „Kaprys”, vis a vis ich kamienicy. Towarzyszenie Mu było niezwykła atrakcją. Panowała atmosfera tajemniczości, gdy sprawdzał poszczególne pomieszczenia i zamykał kolejne pokoje. Czułem się trochę jak w książce „Skarb Pradziadka”, w której grupa dzieciaków próbuje odkryć miejsce ukrycia cennej pamiątki.
Dzień Babci – pożegnanie
Babcia Anna, z domu Taborska, niezmiennie kojarzy mi się z ciepłą pierzyną w czerwoną kratkę, którą okrywała mnie przed snem. I jeszcze z najsmaczniejszymi andrutami, posmarowanymi dżemem. Pod wiejską chustką z zaczesanymi do tyłu siwymi włosami kryła się chodząca dobroć. Nigdy, ale to nigdy nie słyszałem jednego słowa z ich ust w stosunku do siebie. Pewnie trochę idealizuje ten obraz, tak to często po latach bywa, ale mam jednak wrażenie, że harmonia ich życia może by ć wzorem dla niejednego dzisiejszego małżeństwa.
Ostatni obraz Dziadka, który zachowałem, to wystawione w trumnie, odświętnie ubrane ciało. Starym zwyczajem należało Go pożegnać… Oboje są pochowani na cmentarzu Rakowickim.
Myślę, że mógłbym jeszcze wiele wspomnieć przywołać, ale może powinienem zostawić trochę na inna okazję. Sam Dziadkiem jeszcze nie jestem. Chociaż to nie do końca prawda, o czym piszę tutaj.
Mam nadzieję, że moje dzieci już mają we wdzięcznej pamięci Rodziców swoich Rodziców i kiedyś w przyszłości będą mogły się podzielić równie ciepłymi wspomnieniami :).
A na koniec dawne czasy na starej fotografii, dzięki skanom zrobionym przez mojego Tatę:


Dziadek z Ciocią Tosią, siostrą mojego Taty 
A tutaj też z Ciocią, tylko” kilka” lat wcześniej 🙂


Mimo usilnych starań nie odnalazłem na razie zdjęć Emilii i Wojciecha…


Przemku. Jak zawsze po mistrzowsku, cudownie opisales swoje wspomnienia. Czytajac, razem z Toba podrozowalam w czasie, wracajac myslami do naszych rodzinnych wspomnien i kochanych Dziadkow. Dziekuje. Chapeau.
Ewusiu, bardzo dziękuję. Wszyscy chętnie wracamy do tamtych chwil. Chociaż było dużo trudnych momentów, to liczą się przede wszystkim te jasne strony przeszłości :).