Mniej więcej rok temu przepadł gdzieś mój dowód osobisty. Bardzo mnie to zaskoczyło, bowiem przez poprzednie dwa dni nic nie zgubiłem. Już mi się wydawało, że utrzymanie tego trendu zmieni moje życie w nieustające pasmo radości. Będę wiedział gdzie odłożyłem okulary, czy wjechałem do własnego garażu samochodem żony, oraz że trzymanie łyżeczek deserowych w doniczce z ziemią nie należy do rytuału higienicznego.
O ile pamiętam, do tej pory nie zdarzyło mi się zgubienie dowodu osobistego. Jeżeli zostawiałem w miejscu do tego nieprzeznaczonym jakiś dokument, to z reguły miał on wyższą rangę. Czyli był trudniejszy do odzyskania. Pisałem już o paszporcie, który „przechowałem” na dachu samochodu? Chyba tak – w tym felietonie. Kilka lat wcześniej, pozostawiłem do wglądu w budce telefonicznej podobny zestaw dokumentów podróżnych przed wyjazdem na winobranie we Francji. W tym przypadku zdałem sobie z tego faktu sprawę dopiero, gdy do drzwi zadzwoniła dziewczynka i z uśmiechem wręczyła mi saszetkę. Pamiętajcie, że zdobycie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych dowodu było niemałą sztuką, porównywalną obecnie tylko z zapisami na szczepionkę Pfizera. Historia jest łaskawa, bo to właśnie ówcześni klienci wydziałów paszportowych Milicji Obywatelskiej są dzisiejszymi emerytami. Zaprawieni w bojach za komuny, bez kompleksów ruszyli pod przychodnie do kolejek !
Dowodzik proszę
Dowodu nie mogłem znaleźć nigdzie. Nie było go w zamrażarce, w szufladzie z bielizną, w żadnej kieszeni spodni któregoś z synów. Nawet w szufladzie ze starymi ładowarkami. Zapadł się skutecznie pod ziemię. Na szczęście dowód nie był najnowszy. Myślę, że nawet do dobrego tonu należało zgubienie go przed końcem okresu ważności. Nieświeży, mógł mi przynieść sporo kłopotów i wstydu w zetknięciu z organami władzy. Że nie powiem o kąśliwym „dowodzik proszę”, które w razie braku tegoż zapowiadało zapowiadało niegdyś dłuższe dyskusje!
Poszedłem więc do urzędu, aby obstalować nowy. Zarezerwowałem termin przez internet i punktualnie o wyznaczonej porze zameldowałem się przed wejściem. Ale zaraz zaraz! Już przy okienku pani zażyczyła sobie paszportu w celu identyfikacji mojej skromnej osoby. Nie prawa jazdy, który zwykle przy sobie mam, ( zanim zgubię), ale paszportu. Jest on schowany głęboko poza moim zasięgiem, aby nie podzielił losu innych przedmiotów. Cóż było robić! Uczciwie płacę podatki, więc nie mogłem nadszarpnąć opinii prawego obywatela, jaką zapewne w ciągu ponad pół wieku powziął o mnie Urząd. Popedałowałem do domu przemyśliwując po drodze, gdzie bez ryzyka utraty paszport schować. Po powrocie zostałem wpuszczony poza kolejnością jako VIP czyli Bardzo Irytująca Osoba. Very Irritating Person…
W związku z tym poirytowaniem zażądałem
dowodu w wersji elektronicznej z wbudowanym chipem.
Po prostu nie miałem ochoty czekać na wszczepianie tegoż. Wolałem już teraz zaopatrzyć się w układ elektroniczny o charakterze nadzorcy. Jeżeli ja nie potrafię upilnować swoich rzeczy, to przynajmniej będę miał pewność, że chip upilnuje mnie! I w razie apostazji zgłosi to do Urzędu do Spraw Wyznań i właściwej miejscu zamieszkania Kurii.
Niestety okazało się, że i tutaj dopadł mnie pech. Chip okazał się być wadliwy, czego dowodem nieudana próba zalogowania się do portalu podatkowego. Aplikacja w smartfonie powiązana z e-dowodem, po wielokrotnym sprawdzeniu mojej tożsamości poinformowała mnie, iż autoryzacja została pomyślnie przekazana. Nic z tego. Portal wyraził zupełnie odmienne zdanie i pokazał coś takiego:

Ze strachem spojrzałem przez okno, czy moje antypaństwowe działanie nie spowoduje natychmiastowej interwencji policji elektronicznej. Użycie wobec mnie środków przymusu, w postaci pozbawienia prądu do najbliższych wyborów, uznałbym za ze wszech miar uzasadnione. Obywatel, który marnuje bezmyślnie rządowe zasoby i nadużywa zaufania Partii, powinien zostać czasowo wyeliminowany z obiegu.
Moja głupota
i ślepe dążenie do autodestrukcji nie miały jednak granic. Poirytowany podwójnie, próbowałem skontaktować się z infolinią. Po mniej więcej 20 minutach oczekiwania i przesunięciu się z pozycji 15. na czoło, przekazałem konsultantowi swój problem. Po kolejnych 10 minutach wspólnie wygenerowaliśmy zgłoszenie do informatyków. Zauważyłem już kiedyś, że informatycy to taka grupa zawodowa, która orbituje pomiędzy Pytią a iluzjonistą Dawidem Copperfieldem. Przy czym przeniknięcie Muru Chińskiego przez tego ostatniego, to pikuś w porównaniu z awarią państwowej aplikacji. No i biedni informatycy biedzą się teraz nad moim problemem. A ja zdaj ę sobie doskonale sprawę, że zgodnie z sugestią konsultanta, zupełnie spokojnie mogłem zalogować się poprzez profil zaufany!
Tylko co będzie jeśli ten profil przestanie być zaufany i wypadnie mi gdzieś z plecaka podczas jazdy na nartach? Przecież nie mogę czekać z podatkami do maja, aż w górach stopnieje śnieg!