Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Dzień Mamy

Dzień Mamy

„Nie śpiewaj przy jedzeniu bo będziesz miał głupie dzieci” powtarzała czasem moja Mama. Już wtedy miałem niejasne podejrzenie, że zanim przyszedłem na świat musiała coś przy śniadaniu nucić. Z biegiem lat przypuszczenie przeszło w pewność. W dodatku zyskiwałem przekonanie, iż był to dość rozbudowany utwór wokalny. Tym tłumaczyłem meandry, którymi wędrowała moja skromna inteligencja. I ja czasem lubię coś zaśpiewać przy posiłku, ale żeby nie deprymować dzieci mówię, że jem przy śpiewaniu.

Inna sprawa, że zbiorowe śpiewanie było w czasach komunistycznych bardzo popularne. Pamiętam, gdy w 1968 roku jechaliśmy z Mamą autokarem firmowym na wczasy pod namiotem w Bułgarii, przez trzy dni rozbrzmiewały piosenki – od lwowskich po turystyczne. Jakoś ludziom raźniej było razem. Mieliśmy ze sobą dość sporo wałówki, miedzy innymi prawdziwy rarytas – niedużą puszkę szynki konserwowej Polish Ham.

Tak się jakoś złożyło, że część prowiantu, który przez prawie dwa tygodnie spoczywał w gorącym namiocie, również wspomniany eksportowy rarytas wracał do Polski. Koło 50 km przed granicą w Chyżnym Mama przehandlowała szynkę komuś z biura. Nabywca od razu przystąpił do konsumpcji. Wyobrażacie co się działo? Wyprażona pod bułgarskim słońcem zepsuła się i po otwarciu z puszki wydobył się niemożebny smród! Jechaliśmy wtedy wzdłuż rzeki Orawy, krętą drogą bez parkingów i możliwości zatrzymania się. Otwieranie okienek niewiele pomagało. Mało brakowało a cała wycieczka udusiłaby się oparami polskiego hama. Wiele lat później zastanawiałem się czy firma Krakus, producent szynki, nie prowadziła ukrytej dywersji. Może był to rodzaj broni biologicznej, przed którą ostrzegano nas na lekcjach przysposobienia obronnego!

Inne powiedzonko Mamy,

które zapamiętałem to recenzja czyjegoś eleganckiego stroju: „no ten to się ubrał jak stróż w Boże Ciało”. Nigdy nie dociekałem jego genezy, ale to porównanie długo było moim przewodnikiem po świecie mody. Może ktoś z Czytelnikostwa będzie w stanie rozwikłać tę zagadkę? W jażdym razie raz za czas w mojej szafie pojawiały się jakieś specjalnego rodzaju ubiory. A to spodnie z bistoru, szalenie modne w latach siedemdziesiątych, a to czarny sweter z boucli. Przy mocno ograniczonej ofercie handlu uspołecznionego byłem zawsze ubrany z gustem, mimo, że skromnie… Swego czasu hitem były kurtki puchowe w kolorze czerwonym, w których paradowała w stolicy Tatr spora ilość narciarzy. Pamiętam, że Mama uruchomiła wszystkie rodzinne koneksje, żeby zaopatrzyć nas w te szykowne puchówki.

Akcja była skuteczna, bo w pewnym momencie dysponowaliśmy niewielką nadwyżką tego deficytowego towaru. W ogóle tamte czasy wymagały wielkiej przemyślności, aby jakoś normalnie funkcjonować. Mama zdecydowanie wszelkie niezbędne przymioty do utrzymania odpowiedniego standardu posiadała. W pewnym momencie, gdzieś pod koniec lat 80. zawitał do nas odbiornik marki Rubin, który z kolei nosił znamiona dywersji technologicznej. Kolory miał takie sobie, natomiast lubił czasem „wbuchnąć”. Po prostu kineskopy ulegały tzw. implozji, czyli przeciwieństwu eksplozji. Brało się to oczywiście stąd, że były po prostu szklaną bańką wypełnioną próżnią. o ile dobrze pamiętam „Rubin” był pokłosiem jakiegoś kontyngentu, który trafił do Geofizyki, czyli firmy w której pracowała Mama. Był bardzo ciężki i wielki.

Długo mógłbym wymieniać

zorganizowane przez Mamę przedmioty, a to: „półkotapczan”, segment z Fabryki Mebli „Cis” z Krakowa, meble kuchenne kupione w Zakopanem a przewiezione transportem geofizycznym. etc., etc. Piszę to ku pamięci młodego pokolenia, dla którego brak możliwości kupienia czegoś jest równy wybuchowi Super Nowej. Wystarczy otworzyć komputer, mieć gotówkę na koncie lub zdolność kredytową!

O nie! Drodzy Państwo! Moja Mama na taki numer by się nie dała nabrać…

Naleśniki,

to zdecydowanie kulinarny przebój mojej Mamy. Z reguły podawane w niedzielę, delikatne i cienkie placki wypełnione serową ambrozją na słodko. Cóż to była za rozkosz po wycieczce lub spacerze z moim Tatą zasiąść przy takim specjale. Złożone w koperty, posypane cukrem pudrem rozpływały się w gębie.

No i sami powiedzcie – jak tu nie śpiewać przy takim obiedzie?

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę