Dzisiaj serwuję danie lżejsze, bo obawiam się, że po bigosie z zeszłego tygodnia, niektórzy mogli poczuć niestrawności. Nie jest tak, że moje felietony są zawsze lekkie, łatwe i przyjemne. Cóż, chociaż nie wszyscy to zauważają, skrzecząca rzeczywistość potrafi osłabić nawet najodporniejszą psyche. Dlatego warto od czasu do czasu, a nawet częściej, zatopić się w lekturze. Lub ambitniejszym od tureckiego, przesłodzonego serialowego „miodka”, spektaklu telewizyjnym. Wspomniany miodek, z małej litery, nie ma nic wspólnego z Profesorem. To taki cukrowy zlepek, który można kupić w Krakowie przed cmentarzem Rakowickim podczas Wszystkich Świętych.
Kiedyś spektakle Teatru Telewizji były oczkiem w głowie szefostwa tej instytucji. O ile dobrze pamiętam, jeszcze w latach siedemdziesiątych niemal co tydzień pojawiała się premiera. Mogło to być oryginalne przedstawienie telewizyjne lub rejestracja ważnego wydarzenia teatralnego. Często przed emisją, która z reguły miała miejsce w poniedziałek, zaraz po dzienniku tv, gościł krytyk, który przybliżał różne aspekty dzieła. Z wytęsknieniem wyczekiwałem na godzinę 20.00. To była naprawdę wspaniała uczta w powodzi komunistycznego zakłamania i propagandy sukcesu.
Proporcje się zmieniły, miejsce prawdziwej sztuki zajęły badziewne seriale. Teatr przesunięto na godziny późniejsze. Misja ustąpiła miejsca słupkom!
Ale w ostatni poniedziałek nadarzyła się okazja, aby wstąpić do
„Paradiso”.
Czytelnicy konserwatywni nie muszą się obawiać, że następne akapity poświęcę na charakterystykę klubu gogo. Nic z tych rzeczy! Chociaż w cichości ducha ten i ów zapewne domaga się jakichś pikantniejszych szczegółów – proszę szukać pod innym adresem, a w najlepszym przypadku w dziale „Fraszki”. Zresztą okazuje się, że wyszukiwarka na g. podpowiada najpierw różnorakie kafeje i pizzerie, a dopiero na siódmym miejscu bohatera niniejszego rozdziału.
Bohaterem owym jest spektakl z 2019 roku tak właśnie zatytułowany. Wszedłem do tego Teatru dawno po trzecim gongu, gdzieś w połowie. I od razu wpadłem na rozmowę Piotra Fronczewskiego, przemysłowca z Piotrem Machalicą literatem, który co dopiero wrócił z Berezy Kartuskiej. Właściwie wyłącznie dla aktorstwa Machalicy warto poświęcić półtorej godziny. Sentencje i riposty wygłaszane przez niego podczas rozmów są najwyższej próby. A najwyższą temperaturę osiągają podczas dialogów z ministrem spraw wewnętrznych, butą, bezczelnością i cynizmem jako żywo przypominającym Ziobrę. Zresztą trudno, nawet przy najwyższym wysiłku woli opędzić się od paralel ze współczesnością. Mimo, iż akcja toczy się na krótko przed wybuchem II wojny.
Oszczędzę Wam opisu wydarzeń,
gdyż te mają znaczenie drugorzędne. Ale nie mogę wspomnieć, że dawno nie widziałem tylu asów sceny w jednym spektaklu. POzwolicie, że jednym tchem wymienię kilka nazwisk – oprócz dwóch wspomnianych mamy jeszcze Ewę Wiśniewską, Wojciecha Pszoniaka, dwóch Janów Englerta i Peszka, no i Krzysztof Tyniec, jako chutliwy pułkownik, szczególnie mi bliski nie ze względu na swój temperament, ale częste rowerowe wycieczki do pobliskiego Opactwa Benedyktynów :). Dzielnie i bez kompleksów sekunduje im młodsza brać spod znaku Melpomeny, a całość spaja śpiewająca liryczne piosenki Katarzyna Dąbrowska ( o tym dowiedziałem się z recenzji Piotra Zaremby na stronie e-teatr).
Słowem – dokończcie szybciutko, ale z uwaga felieton i pędźcie na stronę https://vod.tvp.pl/website/paradiso,41722110. Warto przed rozpoczęciem tygodnia pracy rozkoszować się sztuką przez wielkie „S”.
A jeśli ktoś nie lubi rozpierać się w fotelu, to zapraszam w Himalaje i Karakorum.
„Życie za szczyt”
to książka, która również trafiła do mnie trochę przypadkiem. Tym razem za sprawą Radia 357, któremu poświęciłem już kilka ostatnio linijek. Otóż w audycji „Książki! Lubię to”, pojawił się temat, który niezmiennie mnie fascynuje – góry. Także te najwyższe. Przez wiele lat z mozołem kolekcjonowałem relację z wypraw, monografie himalizmu i wszelkie „śmieci”, które wiązały się z tym niezwykłym tworem geologicznym, jakim niewątpliwie są góry.
Moja biblioteczka rozrastała się głównie w latach 80., bo też był to najintensywniejszy okres wypraw monumentalnych. Najwięcej wtedy pojawiało się książek o udanych lub nie atakach na ośmio czy siedmiotysięczniki. To były jeszcze czasy pierwszych wejść najtrudniejszymi ścianami i ataków zimą, których stopień trudności można chyba tylko porównać do lotu w kosmos!
Tak więc zawsze otwierałem czujnie ucho na zew płynący ze skalnych półek. Traf chciał, że do Radia 357 zawitała Rachela Berkowska, która opisuje w swojej książce wyprawy ze śmiertelnymi ofiarami. Ale stawia również pytanie, czy zdobycie upragnionego celu może odbyć się kosztem własnego życia i cierpienia rodziny. Co więcej podaje przykłady, z których jasno wynika, że dla sukcesu można poświęcić towarzysza wspinaczki. Pozostawiając go samego w chwili słabości.
Tak. Zdecydowanie książka rzuca nowe światło na kwestie odpowiedzialności i moralności w wysokich górach. To, oprócz bardzo sprawnego warsztatu pisarskiego autorki, największa zaleta „Życia za szczyt”.
Mogę o tym napisać, bo książka, wraz z autografem, trafiła do mnie dzięki wysłaniu do radia maila ze zdjęciami moich „górskich” półek. Tym samym zdobyłem pierwszeństwo, pośród wszystkich, którzy chęć jej posiadania wyrazili w ten sposób :).
A teraz lećcie na widownię, a ja odsapnę przy dobrej muzyce!