Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Blog z głowy

Blog z głowy

Jak zapewne zauważyli ci Czytelnicy, którzy być może z nadzieją zaglądają jeszcze pod adres www.krecimniezycie.pl, drugą rocznicę powstania bloga uczciłem chwilą ciszy.

Osobliwy to pomysł, bo uroczystym milczeniem honoruje się przeważnie tych, którzy odeszli. A strona nadal funkcjonuje. Co prawda bardziej przypomina próżnię niż skupisko intelektualnej materii, ale jednak. Lewituje siłą rozpędu w wirtualnym mikrokosmosie…
Co więcej, moja „chwila” rozciągnęła się na kilka ładnych tygodni. Zupełnie jak ten pięcio, sześcioosobowy kwartecik, który sierżant polecił skompletować kapralowi w pewnym brodatym kawale. Może dowcip trąci myszką, ale pokazuje einsteinowską względność świata. Czym innym jest kwartet dla dyrygenta, a czym innym dla podoficera… Zapewne z chwilą jest podobnie! A ju ż na pewno chwilówka to rzecz na którą patrzą zgoła inaczej dłużnik i wierzyciel.

Obecnie w internecie króluje wojna. I wszystko co wokół niej… Oczywiste wcześniej tematy, czy to obyczajowe, czy polityczne, blakną wobec powagi sytuacji.. Snucie takich jak moje, marginalnych rozważań, może zostać uznane za objaw lekceważenia. Tylko, dodam na swoją obronę – mózg, podobnie jak ziemia uprawna, wymaga płodozmianu. Dla zachowania równowagi psychicznej muszą do niego docierać bodźce z różnych obszarów rzeczywistości. Bo inaczej zbierzemy marny plon!

Kacza zupa

Dlatego całkiem niedawno objawiła mi się całkiem przyjemna teoria, która tłumaczy moją felietonową pustkę. Otóż jakoś pod koniec marca zdecydowałem się na radykalną zmianę w moim życiu. Jeżeli obawiacie się o mój stan cywilny lub perspektywy zdrowotne, to na szczęście, jesteście w błędzie. Pozostaję niezmiennie przy jednej żonie, a pomiary ciśnienia nie wskazują na żadne fizjologiczne dewiacje. Sumiennie zażywam lekarstwa, dużo spaceruję, podobno jestem nawet dość opalony. Jedyny minus, którzy wyrzuca mnie poza nawias społeczeństwa, to bojkot Netflixa. Uważam tę platformę za coś w rodzaju filmowego brukowca, który chce nam wmówić, że przyzwoitą sztuką możemy się delektować za cenę dwóch biletów kinowych miesięcznie

Ja – i owszem, delektuje się, ale całkiem za darmo – w czerni i bieli. Trafiłem w konkurencyjnym serwisie na rewelacyjny film Braci Marx „Kacza zupa”. Oczywiście już sam tytuł dostarczył mi wiele satysfakcji, ale całość przewróciła mnie na obie, dość wątłe, łopatki. Film powstał w 1932 roku. Jest świetnie zrealizowany, pełen „marxistowsich” gagów i dialogów tak inteligentnych, że nawet najwyższe IQ chowa się w zakamarkach półkul mózgowych. A od półkul już tylko krok do mojej teorii „drogiego nieobecnego”.

Golibroda

Jakoś pod koniec marca wpadłem na pomysł… O przepraszam, gdzieś już napisałem coś podobnego. Otóż koncept był prosty. W ramach walki z inflacją i cięcia kosztów dałem sobie obciąć włosy.

Nie pierwszy raz. Z reguły odbywało się to jednak pod kontrolą wykwalifikowanej pracownicy zakładu fryzjerskiego. Miłe te panie, z jednej strony przywracały mój wygląd do standardów unijnych, z drugiej zaś zabawiały mnie rozmową. Co ciekawe, podczas tych obrzędów potwierdzałem swój status zgniłego kosmopolity. Dlaczego? Oddawałem moją cenną głowę bez wahania w ręce słowackie i ukraińskie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio strzygły mnie dłonie matki, siostry lub córki Polki.

Tu mała dygresja historyczna. Swoje przygody z zakładami fryzjerskimi rozpocząłem przy ul. Dietla w przybytku przeznaczonym wyłącznie dla dzieci. Jedyne co z niego pamiętam, to konik bujany i spore akwarium, które odwracało uwagę delikwentów od głównego celu wizyty. Potem za dychę strzygłem się przez całą podstawówkę w zakładzie przy Kościuszki obok przystanku tramwajowego.

A pod koniec tejże awansowałem do elity, gdyż Tato zaprowadził mnie do salonu na ul. Wiślną. Tam koszt dwa razy większy, ale przyjemności już do sześcianu. Najpierw praktykantka myła delikatnie głowę, a dopiero potem mistrz fryzjerski, obstawiony dyplomami, modelował włosy delikwenta aż do uzyskania piorunującego efektu. Pamiętam, że pracowało tam 4 panów i jedna pani. W tym dwóch Janków – mój, Bochenek, i pan Jan Lizak. Następnym etapem tej fascynującej przygody był Pasaż Bielaka, do którego przeniosłem się razem z „moim” Jankiem. To już były absolutne wyżyny. Termin były odleglejsze niż dzisiaj do specjalisty, a koszt równał się dobremu obiadowi w wykwintnej restauracji.

Transformacja zmiotła PRLowskie fryzjerstwo z powierzchni głowy. I teraz zetknąłem się z opóźnionymi konsekwencjami tamtych przemian!!!

Jeżyk

Moja fryzura wpadła pod maszynkę. Miało być na jeżyka, ale syn miał chyba kłopoty z kalibracją nożyków. Moim zdaniem wyszło bardziej na rekruta. Ale nie narzekam, tym bardziej, że po zgrubnym goleniu, zostałem jeszcze poddany przez drugiego syna – nomen omen Janka – zausznej cyzelacji.

Było mi bardzo łyso, że tak bezwględnie wykorzystałem moje latorośle.A mój organizm był tak zaskoczony niespodziewanym obrotem sprawy, że w akcie zemsty pozbawił mnie wszelkich mocy twórczych. Nie pomagało przewracanie się z boku na bok, wciskanie czapki głęboko na kłapciate uszy. Na nic! Odwrócił się ode mnie nawet Holoubek!. Nie przychodził mi do głowy żaden pomysł na felieton. Cała, już i tak dość skromna kreatywność, uleciała porami ogolonej czaszki.

Progenitura obdarowała mnie minimalistycznym jeżykiem, który niczym skalp odsłonił ostatnie pozory intelektualnej pozy. Odważyłem się na powrót do bloga w nadziei, że ta pierwsza, nieśmiała dość próba przekonania cebulek do współpracy ze skołowanym mózgiem da przyzwoity efekt. A jedyną ciszą będzie niemy zachwyt Czytelnikowstwa w kolejną rocznicę istnienia Kręci mnie życie!

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę