Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Szeruje mój czilaut onlajnowo

Szeruje mój czilaut onlajnowo

Zdziwicie się zapewne, że do świąt jeszcze daleko, a ja już szoruję. W dodatku, jak może się wydawać on-łajnowo, czyli już na początku coś tu strasznie śmierdzi. Pewna w pani radiu też się ze mną szerowała swoim chilautem. W dodatku prosiła, żeby ją na soszal mediach folołować. Bo jeśli nie, to można przegapić jakiś ciekawy ivent.

Mówiła tak ciekawie, że nie nadanżałem z wertowaniem słowników. Inna sprawa, że najpierw w odruchu paniki skoczyłem do półki, na której zgromadziłem ich swego czasu całe mnóstwo. Najpierw wzrok mój padł na dykcjonarz Webstera, przywieziony w plecaku z Oslo, potem na Advanced Oxford Dictionary. Ten egzemplarz upolowałem dużo bliżej – w niepozornej księgarence w Nowym Targu – o! sorry: w New Market. Jakże byłem z nich dumny! Stoi jeszcze lekko przykurzony Stanisławski, którego dostałem w zamian za PWNowski słownik francusko – polski. W tamtych czasach polowanie na książki to był normalny proceder każdego szanującego się studenta. Ileż ja do dzisiaj mam całkowicie niepotrzebnych książek. Wliczając w to Kuchnię Polską. A i tak smażenia naleśników nauczyłem się na obozie młodzieżowym we Francji.

Dla wyjaśnienia, dodam tylko, że były to czasy, w których to klient bił się o towar, a nie odwrotnie! Kupowało się co podeszło pod rękę, żeby mieć później karty przetargowe do wymiany! Abstynenci kupowali alkohol z kartkowego przydziału, niepalący gromadzili kartony ze szlugami. Obrzydliwa czekoladopodobna czekolada też miała swoją niezaprzeczalną wartość. Zresztą niektórym do dzisiaj pozostała mania zbierania :). Piszę o tym, bo być może w dobie kryzysu przydadzą się umiejętności z PRLu!

Ale co z tym szerowaniem?

Ponieważ podczas odbioru audycji zacząłem gubić wątek, przeszedłem do google translatora. Jednak zapasową półkulą mózgu szybko wymyśliłem wierszyk a propos:

Gdy gubisz bracie wątek i wstydu przyjdzie pora,
Odważnie w sieć się rzuć! Skorzystaj z translatora.
Bo on ci ulgę da, jak premier on nie truje.
To jest przyjaciel twój, kochany google wujek!


I gdy dziewczyna w radiu w języku obcym rzęzi,
a ty mimo empatii, nie czujesz żadnej więzi.
Sięgnij do translatora, na darmo bracie nie cierp!
Otwórz śmiało komórkę i krzyknij śmiało – HELP!!!

No i okazało się, że aktualnie jest taki trynd, żeby używać angielskich czasowników, z polską koniugacją, czyli odmianą. Pomysł to nienowy. Na początku lat 80., razem ze świeżo poślubioną mojemu sąsiadowi Francuzeczką, stosowaliśmy ten zabieg w odniesieniu do jej ojczystego języka. Bardzo to było zabawne, ale nie przypuszczałem, że zawędruje kiedyś pod medialne strzechy.

Przykładowo bezokolicznik parler, czyli mówić, odmienialiśmy: ja parluję, ty parlujesz, my parlujemy etc. Równolegle Natalia pobierała naukę polskich przekleństw. Posługiwała się nimi w różnych sytuacjach, nie zawsze świadomie. Byliśmy na Mazurach i jechaliśmy zatłoczonym do granic możliwości autobusem. To był rok 1981, lato. Żona kolegi kręciła się niespokojnie, niezwyczajna podróżować w takich warunkach. Wreszcie wybuchnęła na cały autobus z właściwym sobie akcentem: „co to za gówno komunisticzne”. Zamarliśmy z Krzyśkiem, bo czasy, podobnie jak dzisiaj, nie sprzyjały krytyce. Obeszło się jednak bez konsekwencji, dojechaliśmy szczęśliwie do Giżycka . Kto wie, może jakiś ślad po tej manifestacji pozostał w kartotekach IPNu :).

No, dobra, rozgadałem się, a tu tymczasem time-out mnie dopadł, więc jeśli łaska, eksplikacja tytułu w trybie selfie. Tylko za bardzo nie merdujcie na mnie!!!

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę