Oczywiście zorientowany Czytelnik wykrzyknie natychmiast z pełnym przekonaniem: zawód naczelny nadredaktor. Nie sposób się z Tobą Czytelniku obu płci nie zgodzić. To też. Ale tym razem moje chorobliwie ambitne poczucie własnej wartości zaprowadziło mnie w odmienne rejony superego. Przeżyłem zawód odrzucenia.
Otóż z pewnym opóźnieniem dowiedziałem się, iż naczelny satyryk kraju, który od wielu lat szydzi i piętnuje, otrzymał Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski. Mocno zakłuło mnie z zazdrości serce, tym bardziej, że bloga czyta wiele ustosunkowanych osób, które bez wysiłku mogły mi ów medal załatwić. Nie rozumiem dlaczego zaniedbali ten prosty odruch serca, tym samym spychając mnie na głęboki margines państwowych odznaczeń.
Mówi się trudno. Tym bardziej, że od dawna już podejrzewałem Pietrzaka i jego kabaret z czasów komuny za rodzaj wentyla bezpieczeństwa. Przyznam, że i ja świetnie bawiłem się na jego występie w Zakopanem, gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych. Ja w tamtych odległych czasach zasługiwałem jedynie na miano satyryka amatora, który to status przypieczętowałem spaleniem sizalowego klosza lampy podczas sylwestrowej zabawy. Ten niewinny żarcik spowodował konieczność odnowienia całego pokoju, w którym odbywała się tamta szampańska zabawa. Można zatem napisać, że to o owo w mo życiu..
Zazdrość zelżała, gdy dotarłem do akapitu z uzasadnieniem. Przytoczę go w całości, bo ten cytat świetnie uzasadnia moją tezę o grotesce, którą zafundowali nam ludzie PiSu: „… za wybitne zasługi dla Rzeczypospolitej Polskiej, za osiągnięcia w twórczości artystycznej i kształtowanie patriotycznych postaw Polaków”. No to jednak moje zasługi do pięt Piętrzakowym nie sięgają. Dostałbym za nie co najwyżej order ziemniaka.
Po paszport Polsatu
Gdy już prawie przetrawiłem moje niepowodzenie, spadł na mnie jak grom z jasnego nieba kolejny zawód. Otóż oczywistą medialną synekurę sprzątnął mi sprzed nosa niejaki Edward Miszczak. Człowiek niewątpliwie zasłużony dla rozwoju rodzimego dziennikarstwa. Najpierw rozkręcał RMF, potem rozwijał TVN. Podejrzewam, że mało kto już dzisiaj wie, że prototypem wspomnianej radiostacji było francuskie FUN radio. Pierwsza oficjalna nazwa to Radio Małopolska Fun. Królowała muzyka, przetykana krótkim serwisem informacyjnym. Nowością była emisja tychże pięć minut przed pełną godziną, czyli wcześniej niż robiły to inne rozgłośnie. Pierwsza prywatna polska stacja radiowa szybko wyrosła na medialnego potentata.
A Edward Miszczak dostał fuchę dyrektora programowego Polsatu. Zastanawiam się, co tam jeszcze można zepsuć, ale w końcu stanowisko opuszcza Nina Terentiew, którą dostaje kopa w górę, do zarządu telewizji. Muszę przyznać, że wykazała się błyskotliwym refleksem, gdy podczas wywiadu z okazji obchodów 70 lecia TVP zaprosiła Tomasza Kamela na jubel „30” swojej stacji.
Osobiście nie jestem tak wielkim fanem Solorza, jak Fun Radia, niemniej uważam, że popełnia dziejowy błąd angażując Miszczaka zamiast mnie. Prawdopodobnie nie będę miał okazji wytknąć mu tego osobiście, więc pozostaje mi wyszperać paszport Polsatu i pogadać z Danielem O. na temat jakiejś posady za granicą.
Może jednak dochrapię się jakiegoś oznaczenia. Na przykład na FB.