Autostop to obecnie zjawisko nieznane lub znane szczątkowo. No bo po cóż komuś taki wynalazek, jeśli większość dysponuje własnym środkiem transportu. Wygodnie i bez proszenia można dojechać w najodleglejsze zakątki kontynentu.
Gdy napomknąłem sąsiadowi o tym, że przemierzyłem autostopem spory szmat Europy, Odniosłem wrażenie, że trudno mu sobie to wyobrazić. Sam fakt wybrania się w taką podróż, w dodatku w pojedynkę, mocno go zaskoczył. No i wtedy pomyślałem sobie, że to, co dla mnie było zupełnie naturalne, może okazać się ciekawe dla innych…
Dlaczego by autostop nie mógł zostać bohaterem bloga?
Taka mnie właśnie naszła refleksja, gdy już się rozstaliśmy. Od moich eskapad minęły ni mniej ni więcej, tylko cztery dekady. Trudno sobie wyobrazić snucie uporządkowanej chronologicznie opowieści, gdy wspomnienia nakładają się na siebie, przenikają i giną w zakamarkach niepamięci. Zresztą wszystkie wyprawy planowałem tylko w ogólnym zarysie, reszta zaś, to była czysta improwizacja. Cóż – pomyślałem – może warto Czytelnikom powierzyć tę cząstkę siebie. Wrócić do czasów, gdy o telefonach komórkowych na początku lat 80 nikomu się nie śniło, a nawet rzecz tak prozaiczna, jak porządne mapy drogowe, była w Polsce trudno dostępna. Ponieważ nałogowo mapy i plany kolekcjonowałem, byłem także szczęśliwym posiadaczem Road map of Western Europe wydanej przez węgierską Cartographie.
Tak – to była dokładnie cała Zachodnia Europa w jednym kawałku. W skali 1: 2 000 000. Przypomnijcie sobie z geografii – w tej skali odległość z Krakowa do Barcelony w linii prostej to około 75 cm. Na podstawie tej mapy musiałem poruszać się autostopem. Trochę to dzisiaj brzmi niedorzecznie, kiedy Hołowczyc usłużnym głosem podpowiada każdy skręt. Mam tę mapę do dzisiaj i teraz kiedy poklejoną lepcem przeźroczystym rozłożyłem na łżzku, trochę się zadumałem. Przecinają ją trzy linie : czerwona i niebieska – to autostop z 1981 i 84 roku. Trzecia to już późniejsza wyprawa samochodowa Zastawą. Sporo tego, jak na dwudziesto dwulatka.
No i teraz nie wiem czy zaczynać opowieść, bo w tych kreskach jest tyle różnych wydarzeń, tyle niespodzianek, że nie będzie łatwo to wszystko jakoś do kupy poskładać. Spróbuje, a nuż wyjdzie z tego kolejny autostop. Taki zupełnie realny, z hasłem: „czterdzieści lat minęło jak jeden dzień”!
Gruba czerwona linia
Nie pamietam już czy linie smarowałem na bieżąco, czy po powrocie do Polski. Fakt, że autostop jest na niej dość wiernie odwzorowany.. Zresztą moment, w którym zacząłem ją tworzyć, to wierzchołek góry lodowej. Bo przecież, żeby w tamtych czasach przekroczyć granicę PRLu, trzeba było przygotowania rozpocząć niemal rok wcześniej. Czerwona linia posterunków granicznych otaczała Polskę dość szczelnym kordonem, chociaż na tle innych „demoludów” byliśmy i tak liberalną oazą. Znajome czeskie studentki bardzo dziwiły się, że możemy wyjeżdżać na Zachód indywidualnie. U nich było to możliwe tylko grupowo. Zapewne pod opieką odpowiednio wyszkolonego przewodnika!
Opowieść o przygotowaniach do wyjazdów zamieszczę może przy innej okazji. Powiem krótko, że była to prawdziwa droga przez mękę, ale też czymś w rodzaju logistycznego treningu. Jej ukoronowaniem było przekroczenie granicy. W moim przypadku ze Szwecją :).
W 1981 roku miałem dzięki koleżance załatwioną robotę w Norwegii na plantacji truskawek. Planowaliśmy wspólny wyjazd maluchem w okolice Oslo. Już samo to było pomysłem karkołomnym, zważywszy, że jeden z pasażerów – Krzysiek, mierzył z metr dziewięćdziesiąt i ledwo mieścił się na odsuniętym maksymalnie miejscu pasażera. Jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu wydanie mojego paszportu opóźniło się o tydzień. Tym samym uniknąłem katuszy podróżowania „hulajnogą”, jak ironicznie nazywali malucha Francuzi. Obawiam się, że zamiast na polu truskawkowym, znalazłbym się na oddziale ortopedycznym któregoś z norweskich szpitali z nieuleczalnym bólem kręgosłupa. Nawiasem mówiąc fiacik i jego pasażerowie też przeżyli ciekawą przygodę, o której innym razem.
Zatem przyszło mi gonić współtowarzyszy. Najpierw pociągiem do Świnoujścia, potem promem „Pomerania” do Ystad. Znałem ten prom sprzed dwóch lat, gdy wraz z rowerami przedsięwzięliśmy z kolegą wycieczkę do Londynu. Przeżyliśmy wtedy upojna dobę na kołyszącym Morzu Północnym, które absolutnie nie tolerowało jednostki pływającej w kształcie puszki po szynce konserwowej „Polish Ham”, tak popularnej za Oceanem… Tutaj muszę zastopować, bo dygresja może doprowadzić mnie całkiem śmiało w rejony narracyjnego Marsa, którego tak ochoczo wyeksponowałem na zdjęciu.
Przez Szwecję i Norwegię pozostawał mi autostop
Czarnorynkowy kurs zachodnich walut do złotówki był tak przerażająco wysoki, że jakakolwiek podróż płatnymi, dewizowymi środkami komunikacji, musiała się skończyć totalnym bankructwem. Przypomnę tylko, że średnia miesięczna pensja w Polsce, to było około 15 dolarów. Nie będę przeliczał studenckiego stypendium, bo nie chcę, żebyście uwierzyli, że potrafię pleść większe bzdury niż prezes Głąbiński. Z autostopem zagranicznym miałem zmierzyć się po raz pierwszy, ale nabrałem nieco doświadczenia rok wcześniej, gdy z Krakowa wybrałem się do Białegostoku i Olsztyna. Zresztą właśnie wtedy wytrenowałem umiejętność spania na dworcach i przystankach kolejowych, która bardzo przydała mi się w Niemczech i Francji.
Akcję łapania stopa zacząłem już przy zjeździe z promu. Widocznie jednak moja szczupła sylwetka z potężnym plecakiem, ( ważyliśmy razem 100 kg w proporcji 6:4), nie budziła zaufania ani u tirowców, ani tym bardziej u kierowców osobówek. Tym bardziej, że większość tych ostatnich była zapakowana po dach. Prom przybił w późnych godzinach popołudniowych. Zaczęło już powoli zmierzchać, gdy zlitował się nade mną Polak, który odwoził do Ystad rodzinę wracającą do Polski. Autostrada z przystani promowej do Malmo zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, tym bardziej, że spore jej fragmenty były jasno oświetlone. Rany Boskie, pomyślałem sobie – „Dziennik Telewizyjny” miał rację. Kryzys kapitalizmu widać za rogiem, muszą zbankrutować przy takim marnotrawstwie energii. NIe ma to jak nasze dziurawe, ociemniałe trakty. Po cichu tylko wspomnę jeszcze o kiosku wypełnionym świerszczykami, na które nieśmiało, ale pożądliwie zerkali pasażerowie płci męskiej.
Kemping w Malmo
przywitał mnie czystymi toaletami i całą mnogością przyczep campingowych, które prezentowały się znacznie okazalej niż ówczesny gmach KC PZPR przy Nowym Świecie. Znużony podróżą i rozpamiętywaniem pisemek, padłem natychmiast po rozbiciu namiotu.
Wydostanie się z kempingu na trasę autostopu wymagało skorzystania z komunikacji miejskiej. Tu z kolei byłem zaskoczony pustymi autobusami i ułatwieniami dla osób niepełnosprawnych. Wynikało z nich, że połowa Szwedów jest w pracy, a druga porusza się na wózkach inwalidzkich, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jedyną bezpieczną przystanią w Europie jest PRL. O tej porze w Krakowie środki transportu były mocno zatłoczone ludźmi, którzy wyskoczyli na chwilę z roboty, żeby upolować jakiś atrakcyjny towar. Nikt na tym nie ucierpiał, przedsiębiorstwa unikały przeludnienia i konfliktów międzyludzkich, a handel nie miał przestojów…
Z przejazdu stopem przez Szwecję nie zapamiętałem zbyt wiele. Najbardziej tkwiły mi w pamięci dwa epizody. Zresztą jeden z nich miał poważne konsekwencje, których pozytywne skutki odczuwam do dzisiaj.
W którymś momencie miedzy Malmo a Goteborgiem próbowałem łapać stopa na autostradzie, co oczywiście było niedozwolone. Zresztą nawet rozsądek podpowiadał, że szanse na zatrzymanie jakiegoś pojazdu pędzącego 130 km/h są takie, jak kupienie wówczas na stacji CPN ( poprzednik Orlenu), oleju silnikowego „Selektol”. Być może sterczałbym tam jeszcze przez wiele godzin, gdyby nie policjant na motocyklu, który przegonił mnie z tego niebezpiecznego miejsca. Trochę mnie postraszył. Był postawny, ubrany na czarno, bardzo zdecydowany i groźny. Ogromnie się różnił od przeciętnego, polskiego milicjanta. Na lokalnej drodze łatwiej było złapać okazję.
Druga przygoda miał trochę komiczny charakter. Otóż w okolicy Goteborga dość długo czekałem na stopa. Było gorąco, skończył mi się jogurt w tekturowym pudełku, ( to było kolejne objawienie, w Polsce wtedy były tylko szklane butelki). Byłem już trochę podłamany, gdy zatrzymał się samochód. Kierowcą była miła Pani, jak się potem okazało, współpracowniczka lokalnej gazety.
Byłem tak zafrapowany rozmową, że z głowy wyleciał mi śpiwór,
który stanowił osobny pakunek. Zabijcie mnie, ale nie wiem, czy zostawiłem go na poboczu, czy też w samochodzie dziennikarki. Próbowałem ratować sytuację. Na kolejnym przystanku odżałowałem kilka szwedzkich koron, zadzwoniłem i próbowałem z panią nawiązać kontakt. Wydawało się to możliwe, bo dostałem od niej wizytówkę. Misja się nie powiodła, a śpiwór przepadł na dobre. Zrobił się problem, bo bez niego nocleg w namiocie nie należał do przyjemności. Jakoś okutałem się w inne rzeczy i przebidowałem dwa biwaki. Potem spałem już w baraku na farmie i zorganizowałem sobie jakieś przykrycie. Pytacie o konsekwencję? Napiszę, napiszę. Cierpliwości!
Śpiwór śpiworem, ale wyobraźcie sobie sytuację, w której kimnąłem się ździebko podczas jazdy i obudziwszy się zauważyłem, że pasy na jezdni nie są już żółte, jak w Szwecji, ale białe. Zupełnie niepostrzeżenie wjechaliśmy do Norwegii. Mocno spanikowałem i niemal wymogłem na kierowcy, żebyśmy wrócili po pieczątkę, bo jej brak może spowodować duże kłopoty w przyszłości. Pomny rozlicznych kontroli na rubieżach zaprzyjaźnionych państw komunistycznych i formalnego podejścia do kwestii przekraczania granicy, zacząłem sie obawiać, że tak ciekawie rozpocczęty autostop może być moim ostatnim w życiu… Skonfudowany kierowca kompletnie nie zrozumiał w czym rzecz i najspokojniej jechał w kierunku Oslo.
Przyznam, że odpuściłem dopiero w momencie, gdy zabrali mnie Wietnamczycy. Nie dość, że ich angielski był dla mnie kompletnie niezrozumiały, prawdopodobnie z wzajemnością, to jeszcze kierowca prowadził jakiegoś wiekowego Datsuna zupełnie boso. Mój zbiornik z wrażeniami zaczął się powoli przepełniać.
Obawy o dotarcie do celu mocno się zwielokrotniły, a co dalej, w kolejnym odcinku!