Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

„Loteria na mężów” czyli jak Kaczyński nie trafił do panteonu kultury

„Loteria na mężów” czyli jak Kaczyński nie trafił do panteonu kultury

Najpierw zauważyłem tytuł: „Loteria na mężów czyli narzeczony numer 69”.
Nie miałem żadnych wątpliwości, że spektakl muszę zobaczyć.
Rzutem na taśmę nabyłem bilety w przyzwoitym miejscu i za takąż cenę, bo scenę i artystów było widać i słychać wyśmienicie.
W kolejny wieczór już, już miałem zabrać się do opisania wrażeń, których absolutnie nie nazwałbym recenzją.

A tu – psiakość – telefon!

Ten mały, złośliwy gad odzywa się z reguły w najmniej odpowiednich momentach. Wielokrotnie przekonałem się o tym na koncertach i w kinach, gdy w bliższej lub dalszej odległości odzywał się elektroniczny drapieżca, zakłócający odbiór wiekopomnego dzieła przytomniejszej części publiki. Pomimo przypomnień i upomnień zawsze znajdzie się jakaś niedojda, która nie potrafi poskromić dzwonka…

Halooo! Czy to Pan Nadredaktor?
Podobno udał sie Pan do opery?

Tak, nawet bardzo się udałem. Zawsze powtarzam znajomym, że stanowię wyjątkowo udany egzemplarz człowieka!

No i co ciekawego Pan zastał w operze?
Ja nie bywam, bo z prowincji mam za daleko!

Kochany, nie tylko zastałem, ale nawet zostałem. Przez dobre dwie godziny.
To bardzo udany spektakl. Widział Pan zdjęcia na fejsbuku?

Ze zdjęć wynika, że bliżej mu do operetki niż do opery…?

Bystre Pan masz oko! Bo to rzeczywiście coś w rodzaju wodewilu. Albo nawet musicalu do pewnego stopnia, gdyż rzecz dzieje się w Ameryce Północnej. Krótko mówiąc, wobec nadmiaru starych, bo nieco ponad dwudziestolatnich panien oraz nadprodukcji wesołych wdowców ( się Panu z czymś tytuł kojarzy?), pewien hohsztapler postanawia zorganizować lipnego totka. O sorry, pomyliłem z „Żądłem” z Newmanem i Redfordem…
Tutaj jest loteria, a w niej do wylosowania za opłatą kandydat na męża. Ważne – nie obowiązuje posag, o który trudno uboższym kandydatkom!

Intryga zabawna, momentami przypominająca „Straszny Dwór”, gdzie Stefan i Zbigniew odżegnują się od małżeństwa, a w końcu wpadalą w jego sidła.

Moniuszko nie byłby zachwycony porównaniem do jakiejś amerykańskiej szmiry?!

I tu jesteś, kochany, w wielkim błędzie. Kompozytor jest w 100% polski! Jeżeli zgadniesz, kto to – funduję Ci kolejny spektakl. Ale nie masz szans! To jest największe zaskoczenie tej operetki – właśnie kompozytor!!!

Poddaję się. Nie mam pojęcia. Nawet zielonego!

SZYMANOWSKI. ŻEBY NIE BYŁO WĄTPLIWOŚCI – KAROL!

Och, ty Karol. To dopiero niespodzianka. Nie znam w ogóle tego, a Szymanowski zgoła z innymi klimatami mi się kojarzy. A tu operetka. I jeszcze taki matrymonialny temat….
Ale, ale! Skąd u Karolka, poważnego skądinąd kompozytora, pomysł spłodzenia dziecka z lekko podkasaną muzą?

Otóż przed ponad stu laty Wiedeń oczarował Szymanowskiego. Bawił tam z dyrygentem Grzegorzem Fitelbergiem, uwodził dziewczęta (tak!) i szastał pieniędzmi, których jak zawsze miał za mało.*

No, nie mogę. Kolejny Babiarz. Najpierw Gałczyński, o którym pisałeś tutaj, a podobno szykujesz jakieś rewelacje na temat Jeremiego Przybory?

To prawda. Starszy Pan B wielbił bezgranicznie cały szereg przedstawicielek płci pięknej.


Ale co z tą „Loterią”:

Ponieważ największe powodzenie w stolicy Austro-Wegier miały operetki Straussa – Szymanowski, wierząc w moc swego talentu, postanowił pójść tym szlakiem, by spełnić marzenie, które towarzyszyło mu przez całe życie: zdobyć sławę i pieniądze pisząc własną operetkę.*
Zamierzenie porzucił, czy to z obawy przed opinią krytyków, czy też z powodu zaginięcia libretta, autorstwa przyjaciela Szymanowskiego – Juliana Krzewińskiego-Maszyńskiego. Co ciekawe, sam kompozytor niechętnie wspominał ten epizod, a „Loterii na mężów” nawet nie włączył do oficjalnego spisu swoich dzieł.
Jak bardzo artyści, pozornie przez duże „A”, nie lubią w Polsce utworów lżejszego kalibru, świadczy ostracyzm środowiska filmowego wobec Stanisława Bareji. Dzisiaj nazywalibyśmy go reżyserem „drugiego sortu”. Zresztą większość aktorów także uważała granie u Bareji za dyshonor. Tymczasem popularność „Misia”, „Alternatyw 4” czy wreszcie „Zmienników” przekracza odbiór „klasyków” kina polskiego.

Czy możesz się trzymać tematu, a nie dywagować bez końca?

Taka moja uroda. Coś w rodzaju dy-wakacji od głównej myśli.
Istnienie operetki ujawnił kolejny przyjaciel Szymanowskiego, Grzegorz Fitelberg w 1952 roku. W większości przypadków właśnie on dyrygował prawykonaniami dzieł kompozytora. Przypuszcza się też, że to za jego sprawą twórca „Harnasiów” zarzucił kontynuację pisania kompozycji lżejszego kalibru.

Doszło wtedy do światowej prapremiery?

Niestety nie. Materiał muzyczny był gotowy w całości. Pod zapisem nutowym widniały teksty partii wokalnych, ale te mówione zaginęły prawdopodobnie podczas rewolucji.
Światową prapremierę wyreżyserował Józef Opalski dopiero w 2007. Odbyła się ona – a jakże, w gościnnych progach Teatru im. Słowackiego, w którym mieściła się opera do czasu wybudowania tej przy ul. Lubicz!
Pamiętam świetnie, że oglądałem w nim z zapartym tchem, jako dziecię, niejakiego Pinkertona, który doprowadził do samobójstwa Madame Butterfly. Chłonąłem także arie Skołuby ( niestety nie w wykonaniu Bernarda Ładysza) ze „Strasznego Dworu”. Bardzo wryły mi się w pamięć słowa, które padają z ust Zbigniewa i Stefana, zaraz na początku I aktu:

Tegoś wyrzekł, panie bracie
To mi głowa! To mi plan!
Nie ma niewiast w naszej chacie
Wiwat! Semper wolny stan!

Aj! kiedy niewiasta,
Po domu się szasta,
Mnie w smak – jej źle,
Ja tak – ona wspak.
Bodaj to swoboda,
Nikt żaru nie doda,
Mam to – co chcę,
Bom wolny, jak ptak!

Jak wszyscy wiemy, z tych szumnych zapowiedzi nic nie wyszło, bo na kawalerów zagięły parol Hanna i Jadwiga. C’est la vie…

Po raz ostatni cię proszę – trzymaj się tematu, bo za chwile mi padnie bateria!!!

Tekst został do bólu uwspółcześniony, co podnosi jego atrakcyjność dla widza przy okazji różnych feministycznych akcentów ( śmiechy i oklaski), moim jednak zdaniem odbiera „Loterii” sporo uroku przełomu wieków. Myślę, że całość bawiłaby równie dobrze w całkowicie zachowanych w warstwie tekstowej realiach tamtej epoki.
Na początku już napisałem, ze nie jest to recenzja, gdyż nie jestem krytykiem, ale raczej laikiem z przeciętną wiedzą muzyczną.

Warto wspomnieć, że Szymanowski przyłożył się do zadania i skomponował bardzo udaną i urozmaiconą operetkę, która absolutnie nie odbiega poziomem od pozostałych dzieł kompozytora. Orkiestra z dużą swobodą poruszała się po urozmaiconej materii dźwiękowej „Loterii”. To samo mogę powiedzieć o zespole aktorskim, aczkolwiek nie zawsze udawało mi się zrozumieć sens tego, co akurat śpiewają.
Pierwszy akt trochę się dłużył, chociaż nie zauważyłem, aby ktoś bawił się telefonem. Tak jakby akcja zawiązywała się nieco zbyt ślamazarnie. Druga część jest znacznie dynamiczniejsza, czas płynie pomiędzy pierwszorzędnymi ariami i duetami a układami choreograficznymi z najwyższej półki. Kolorowa, dynamiczna scenografia z elementami ludycznymi (księżyc z żarówek), znakomicie wpisywała się w charakter inscenizacji. Zwróciło moją uwagę świetnie dobrane oświetlenie. Zdarza się czasem, że reżyseria światła jest traktowana po macoszemu. Tym razem ten element był najwyższej próby!
Krótko pisząc – świetna zabawa, warta opuszczenia domowych pieleszy, dodatkowo wzmocniona wysmakowanymi wnętrzami krakowskiej opery.

A co z tytułowym Kaczyńskim?

Otóż chodzą słuchy, że daleko idąca modyfikacja libretta zawierała kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego do roli głównej wygranejloteryjnej. Niepodważalna autentyczność jego kawalerstwa, przymioty charakteru i nietuzinkowa uroda, predestynowały Prezesa do funkcji narzeczonego nr 69.
Jednak łapę na tekście położył minister Gliński, który po aferze z „Dziadami” zrobił się nie do opisania podejrzliwy. PRL-owska cenzura przy nim, to jak cicha masza przy bocznym ołtarzu.
No i zamiast postawić zasłużonego polityka na piedestale sztuki i kultury, zepchnął go w otchłań operetkowego niebytu.
Ale nie traćmy nadziei. Są wakaty w „Wesołej wdówce”!!!
Haloooo, Halooo? Jesteś tam?
Rozłączył się… Pewnie mu padła bateria. Nie ma to jak telefon na korbkę.


Halo, halo!!!. Jestem, jestem, wcisnąłem tryb samolotowy
Aha! Dzięki za ten wykład! Tyle wiedzy mi dotąd nieznanej!
Zatem see you soon. Czekam, kiedy przyjdzie pora, by zagościł tu Przybora 🙂

* cytat zaczerpnąłem z recenzji Macieja Pinkwarta. www.pinkwart.pl

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę