Tu i ówdzie, tam i sam, coraz częściej pojawiają się cytaty z prozy Sandora Maraiego. Są zagadkowe, pełne życiowych i filozoficznych przemyśleń. To Autor, który wyłonił mi się, jak niegdyś Carlos Ruiz Zafon, z literackiego niebytu.
Zachęcony – nomen omen – żarliwą recenzją na Facebooku, postanowiłem sięgnąć po wydany jako pierwszy, z ogromnego dorobku węgierskiego pisarza w Polsce – „Żar”. Polecane książki z reguły mają taki feler, że czytamy je trochę „na zamówienie”, chcąc przypochlebić się polecającemu!
Ale ab ovo..
A może ad rem…
Jest szkoła krytycznoliteracka, która każe przyglądać się materii prozatorskiej, czy poetyckiej przez pryzmat życiorysu.
A ten w przypadku Sandora Maraiego był naprawdę skomplikowany.
Życiowy nomad, urodzony w 1900 roku, w wieku kilku lat wyjechał z rodzinnej Kassy, która po I wojnie światowej znalazła się w Czechosłowacji, przemianowana na Koszyce. Nigdy tam nie wrócił. Debiutował w piśmie „Czerwony Sztandar”. Po upadku Węgierskiej Republiki Rad, wyemigrował do Berlina w obawie przed „białym terrorem”. Osiadł w Budapeszcie, który wybrał, żeby móc tworzyć po węgiersku, mimo, że znał świetnie język niemiecki… Przetrwał tam wojnę, która ze względu na kolaboracje Horthy’ego z faszystami, miała zupełnie inne oblicze niż w okupowanej Europie.
W 1948 roku, gdy nowe, komunistyczne władze zaczęły go prześladować, wyemigrował do Stanów. Zjednoczonych. Wrócił do Europy na krótko, podczas wypadków ma Węgrzech w 1956 roku, przebywał w Monachium. Był pracownikiem Radia Wolna Europa, jak wielu wschodnioeuropejskich dysydentów. Po śmierci żony, brata i syna, 22 lutego 1989 roku popełnił samobójstwo.
Na pierwsze polskie wydanie „Żar” musiał czekać aż 11 lat, bo, jak ówiła jedna z tłumaczek, żadne wydawnictwo nie było zainteresowane tego rodzaju prozą. W owym czasie królowały poradniki, przewodniki, albumy i książki kucharskie…
Wspominam o tym, ponieważ wyraźnie dostrzegam w „Żarze” piętno tych przeżyć. Ubolewa w niej nad upadkiem starego porządku, który przeminął na dobre. Pisze w niej o wartościach, według których powinniśmy żyć, a które poddane ciśnieniu codzienności, spychane są na plan dalszy, lub wręcz odrzucane. Tak dzieje się z miłością, honorem, przyjaźnią…
Sama książka opowiada właśnie o o przyjaźni węgierskiego arystokraty,
Generała, z synem polskiego barona ze zubożałej rodziny – Konradem. Dziwna to przyjaźń, bo bohaterów dzieli właściwie wszystko: status społeczny i majątkowy, wrażliwość, a w konsekwencji styl życia. Są razem w korpusie kadetów. Dla jednego kariera wojskowa jest oczywistością i kontynuacją rodzinnych tradycji. Drugiemu wydaje się być przypisana wbrew woli przez ojca, który widzi w tym szanse poprawienia pozycji syna. Ale, jak to często bywa, związek bohaterów, oparty początkowo na wzajemnym bezwarunkowym oddaniu, napotyka na trywialne przeszkody. Relacja zaczyna pękać, Konrad znika, pozostawiając Generałowi domysły na temat przyczyn tego, jak byśmy dziś napisali – „ghostingu”.. Życie przemija, aż wreszcie przyjaciel odnajduje się i wraca nadzieja na rozwikłanie zagadki. Autor trzyma nas w napięciu, prowadzi akcje leniwie, niemal niedostrzegalnie rysując równolegle kwestie przemijania, zazdrości i namiętności. Jej osią jest dialog, a właściwie monolog Genrała, rzadko przerywany słowami Konrada.
„Żar”przyciąga wielowarstwowością, możliwością interpretacji, uzależnioną od wiedzy, doświadczenia i wrażliwości Czytelnika.
Podczas lektury stworzyłem sobie, przyznaję, dość kontrowersyjny, literacki trójkąt bermudzki. Konrad numer 1, czyli bohater Maraiago. Konrad nr 2 – bohater trzeciej części „Dziadów”, który jest romantycznym samotnikiem, świadomym swojej inności i odrębności na tle społecznym. Do tej dwójki dołączyłem Conrada, autora „Jądra ciemności”, który podobnie jak Konrad nr 1 przeżył piekło żaru tropików. Wewnątrz trójkąta rozgrywają się procesy, których możemy się jedynie domyślać, ale nie mamy możliwości ich zrozumienia.
Ale to co wydaje się być jej siłą, może też być przeszkodą w percepcji powieści… Usilnie szukamy w niej znaczeń i recept, które usprawiedliwiają nasze własne postępki. Myśli krążą po peryferiach wszechświata, zamiast koncentrować się na treści książki. Psuje to, moim zdaniem, klarowny odbiór, zmusza do omijania raf i zakłóca potoczystość narracji!
Ja osobiście miałem sporo momentów, w których gubiłem wątek. Ba, nawet podejrzewałem autora, że sam nie do końca radzi sobie z fabułą.
Konfuzję pogarszały jeszcze „złote myśli” w rodzaju:
„To ludzka rzecz – odrzekła matka, usiadła przed lustrem i zadumała się nad swoją więdnącą urodą. – Pewnego dnia musimy porzucić tego, którego kochamy. Kto tego nie wytrzymuje, wcale go nie szkoda, bo to nie jest pełny człowiek”.
W pierwszej chwili aż się zachłysnąłem po przeczytaniu tych słów. O kurde! Ależ facet sporządził receptę na rozstanie. Ale potem wstałem z kolan, otrzepałem resztki moralnych opiłków i zacząłem zadawać pytania. Czypodoba Wam się ten cytat? Z wszystkich, które wypisałem, budzi mój najgłębszy sprzeciw. Dlaczego autor każe mi porzucić osobę, którą kocham? I jeszcze wytyka mi słabość, jeśli tego nie zrobię. Może moja alergiczna reakcja wynika z faktu, że przeżywam taki moment i nie jest mi w smak bycie niepełnym człowiekiem!
Dlaczego mam się zachwycać kimś, kto szoruje mi mózg ryżową szczotką niepopularnych prawd. W dodatku do gruntu banalnych: „…człowiek powoli pojmuje świat, po czym umiera”. Jeśli Maraiowi wydaje się, że odnalazł egzystencjalnego Graala, to się grubo myli. Są tacy, którzy radzą sobie z tym lepiej lub gorzej. Rodzaj ludzki z całą pewnością nie zasługuje na tego rodzaju uogólnienie.
Dobrnąłem do końca „Żaru” powodowany czystym konformizmem,
bo skoro ktoś bliski mi polecił, to jak będę wyglądał w jego oczach, jeśli opuszczę czytelnię przed zamknięciem? A książka zdecydowanie powinna podzielić los – znowu nomen omen – „W poszukiwaniu straconego czasu”, którego jest świetną ilustracją! Prousta wytrzymałem do 60 strony. Jeszcze gorzej było z Tokarczuk. Nie zacząłem żadnej z książek, bo uznałem, ze poziom mojego snobizmu nie osiągnął jeszcze poziomu trudności twórczości Noblistki.
Chociaż… Skoro piszę o „Żarze”, (oryginalny tytuł brzmi: „Świece dopalają się do końca” i ma moim zdaniem charakter bardziej adekwatny do treści niż polska wersja), to jednak musiało być coś, co przyciągnęło moją uwagę. Wabik, który nie pozwolił mi przerwać podróży na pośredniej stacji.
Myślę, że jest nim postawa Konrada, który nie dał się złapać w sieci konwenansów tamtej epoki. Wybrał, trudną, ale żarliwie własną drogę. Jest muzykiem, potomkiem i wielbicielem Chopina, o bliskiej mi wrażliwości i cechach charakteru, które budzą mój podziw. Jest to wybór, który wymagał nie tylko bezkompromisowości, ale również niesamowitej determinacji i pasji. Dzięki temu jego postać stała mi się jeszcze bliższa, niemalże inspirująca w swoim dążeniu do autentyczności i szczerości. Mogę więc śmiało skonstatować, bez konformizmu, że tym razem straconego czasu nie znalazłem. Kto wie, może w przyszłości sięgnę po „Wyznania parweniusza”, autobiograficzną powieść Sandora Maraiego.
A na razie biorę oddech i czytam „Brzydką księżniczkę” mojego ulubionego pisarza historycznego, Liona Feuchtwangera. Jednym z dylematów jest w książce odpowiedź na pytanie: „lepiej mieć żonę mądrą i brzydką, czy piękną i głupią”. Moim zdaniem mądrą i piękną…