…to słychać, widać i czuć. Ale to nie do końca prawda. Kraków, który znałem i ten, którego ulice przemierzam z żarciem dla klientów, to zupełnie dwa inne byty. Tamten był kompaktowy, mieścił się w pewnych określonych granicach. Te granice rozszerzały się wraz z dorastaniem małego Przemusia :). Odkąd sięgam pamięcią to ulica Floriańska stanowiła pierwszy kraniec mojego Krakowa. Mieszkali tam dziadkowie, podobno nawet ja z rodzicami przez pewien krótki czas.
Wyobraźcie sobie: kamienica pomiędzy Domem Matejki a Jamą Michalikową. Po drodze do niej słynny krakowski optyk – Mieczysław Voigt. Na podwórku w oficynie zakład ostrzenia, który kojarzy mi się z magicznymi błyskami iskier z kamieni szlifierskich. Oczywiście trzepak i czereda dzieciaków. Gra w gumę, noże i chowanego. Ciekawość anatomii dziewczyn i jednocześnie wstyd w jej eksplorowaniu. Hejnał z Wieży Mariackiej na wyciągnięcie ucha. Ten, po którego dźwięk co ciekawsi przylatują z najdalszych zakątków. Mało kto z nas zdawał sobie wtedy sprawę jak potężny kapitał duchowy daje nam to niezwykłe miejsce!
Potem kamienica poszła do remontu, Rodzice Taty przenieśli się na Kozłówek, a wraz z nimi rozszerzyły się dziecięce horyzonty. Ho, ho – to już było coś. Dobre pół godziny jazdy „6” z Salwatora, nieznane krajobrazy nowych osiedli i niewielkie mieszkanie na parterze przy Okolnej. Uwielbiałem spać u Babci pod pierzyną w kratę, zajadać sie andrutem z dżemem i chodzić na spacery pod górujący nad okolicą drewniany krzyż. Teraz stoją tam okropne bloczyska, zasiedlone przez armię mrówek robotnic. Uświadomiłem sobie, że z takich miejsc w moim rodzinnym Krakowie uzbierałoby się niewielkie mrowisko. Że gdzie się nie ruszę, wszędzie dopadają mnie jakieś wspomnienia… Każdy zakątek to jakaś ulica zdradzonego dzieciństwa.
Ale, ale…
…ja tu gadu gadu, a klient czeka na frytki z KFC. Właśnie z Floriańskiej. Róg św. Marka. Kiedyś na przeciwległym rogu był sklep „Świat Dziecka”, który ku mojej rozpaczy proponował tylko tekstylia. Wierzcie mi, akceptacja takiego stanu rzeczy była u mnie bliska zeru… Przecież esencją świata dziecka były zabawki, a nie jakieś głupie płaszczyki, czapeczki, czy spodenki!
Pakunek ląduje w torbie, jeszcze muszę zaakceptować odbiór w apce, bo bez tego nie pokaże mi się kolejny przystanek. Praca w Uber Eats ma w sobie coś z loterii. Nigdy nie wiesz, dokąd zaprowadzi cię to konkretne zamówienie. Grają z tobą w ciuciubabkę i niestety, częściej przegrywasz!
Tym razem los jest łaskawy. Plac Kossaka, Hotel Bachleda. Tak ze 2 km. Nie dość, że blisko, to jeszcze w stronę domu. Zanim zdążyłem zdjąć torbę z pleców, wychodzi uśmiechnięty facet i mówi: „good timing!”. „It is” nieskromnie odpowiadam. Życzy mi dobrego popołudnia, ja rewanżuje się snobistycznym „bon appetite”. Niech wie, że kurier nie dość, że speedy, to jeszcze trilingual. Sam kurs miał wartość 12 zł.
ALE CÓŻ TO? Klient dowalił cztery dychy napiwku… Do teraz nie wiem, czy to nagroda za sprawne nogi, czy otwartą głowę 🙂 Napiwki są rzadkie, czasem zdarzają się w gotówce, częściej w aplikacji. Wtedy, jak z wszyskich kwot, trzeba odliczyć 23% VAT. Ta danina jest bolesna, ale nie do uniknięcia.
Zresztą sam system rozliczanie jest dość skomplikowany.
Kurier pracuje „na aplikacji”, która po włączeniu i zalogowaniu wyszukuje zamówienia. Gdy znajdzie takowe, rozlega się sygnał dźwiękowy i równolegle ukazuje mapka z lokalizacją punktu odbioru i informacją, za jak długo gotowa przesyłka. Żeby wejść do gry, muszę zaakceptować propozycję. Bywa, że za chwilę pojawia się kolejna, co oznacza, że aplikacja łączy co najmniej dwie dostawy. Ja dostaję większą stawkę, a Uber oszczędza na kosztach zaangażowania kolejnego kuriera.
W poniedziałek moje przychody z apki są przekazywane do tzw. partnera flotowego, który rozlicza się bezpośrednio z kurierami. Jest ich na rynku kilku. to samo zresztą dotyczy taksówek Ubera. Nie ma mozliwości podpisania umowy bezpośrednio z nim. Załapaliście?
To świetnie, bo ja edukuję, a pyszności stygną na plecach.
Już bracia Marx mawiali z przyganą: „Piwo się grzeję, kobiety stygną”. Trochę w tym duchu klient napisał w komentarzu do zamówienia: „Please deliver food HOT. Proszę dostarczyć jedzenie GORĄCE”.
Biorę z Tasty Beats dwa zamówienia i pędzę co sił w pedałach z Rynku Dębnickiego w kierunku ulicy Władysława Łokietka 4E do tego wymagającego klienta. Po drodze Dolnych Młynów i knajpa, której nazwy nie pamiętam… Tankuję jedzonko nr 3.
Jak większość odbiorców i ten „HOT” mieszka za siedmioma bramami, za siedmioma kodami, w jakimś mrocznym korytarzu na 4 piętrze. Już samo przejście tymi labiryntami budzi we mnie zgrozę. Kiedyś, miotałem się po takich zakamarkach dobre 5 minut, zanim znalazłem właściwy numer. Uważam, że większość developerów wyznaję jakieś ciągoty do thrillerów i pasję tę narzucają architektom…

Wyciągam jedzenie – na szczęście gorące…
Akceptuję odbiór i dopiero wtedy odsłania mi się następny punkt. Trochę przypomina mi ta cała zabawa słynne „escape roomy”, trochę grę w grzybobranie, gdzie czekały na uczestników różne pułapki. Dotarcie do celu zależało od rzutu kostką. Powstańców? Cholera, gdzie to? Ulic różnych Powstańców jest w Krakowie kilka. Wiadomo. Bogate tradycje narodowowyzwoleńcze ułatwiają komisjom nazewniczym pracę. Tym razem chodzi o Czerwony Prądnik i Powstańców bez wskazania. Układam sobie trasę w pamięci, bo GPS dość często wymyśla tak dziwne figury geometryczne, prowadzi tak na okrętkę, że mało która dostawa była by wystarczająco „HOT”.
Te rejony to dla mnie całkowita terra incognita, bywam tam zapewne rzadziej niż w Katowicach. Bo i nie ma tam niczego ciekawego. Typowa sypialnia po północnej stronie grodu Kraka. Znowu labirynt, na szczęście klient jest przytomny i wystawia głowę przez drzwi…
2/3 za mną. Ale ta ostatnia 1/3 to koszmar. Jakiś Buissiness Tower przy Lublańskiej. Jestem zupełnie zdezorientowany, w dodatku trafiam na rozkopane dokumentnie Rondo Polsadu, który to Polsad chyba już nawet nie istnieje. Jadę jakąś żwirową imitacją chodnika, widzę cztery wielkie korpowieżowce, ale jak trafić dso małego korpoludka?.
NO LUDZIE!!!
Przeciskam się koło jakichś płotów, widzę duży napis jednej z sieci medycznych, wreszcie wjeżdżam w środek tego molocha z nadzieją, że ta litościwa dusza będzie na mnie czekać! Tak! Czeka. Wygląda, że jest zniecierpliwiony, chociaż nie daje tego po sobie znać. Odbiera żarcie. HOT! Minęła prawie godzina od wyjazdu z restauracji. Drogi Algorytmie, nie rób jaj, bo potem po uszach dostaję ja – jednostka niewinna i z gruntu uczciwa/uczuciowa.
Robię przerwę na łyk wody i banana. Przechodzi obok czarnoskóra dziewczyna, uśmiecha się do mnie i mówi „dzień dobry”. Jakie to miłe… Może jednak widać po mnie, żem z miasta :).