Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Życie na zakwasach

Życie na zakwasach

 

Jeżdżąc tym cholernym Uberem i wożąc ludziom Eatsy, dowiaduję się rzeczy, których nie wyczytałbym w żadnej książce. Od razu dodam, że to zdanie powinno wylądować w śmietniku, ze względu na nadużycie imiesłowów czynnych. Za „cholerny” też od językoznawców dostanę po uszach – czy od języko-znawców można dostać po uszach, tego nie wiem, ale to określenie dobrze pokazuje korporacyjny wyzysk globalnego potwora! W Zjednoczonym Królestwie kurierzy zorganizowali nawet w lutym tego roku strajk, żądając podniesienia prowizji do minimum 5 funtów za dostawę.
Dlatego szybciutko musiałem wymyślić motywację inną niż finansowa, która mobilizuje mnie do wożenia tyłka po mieście na moim wysłużonym rowerku. Ciekawostką jest fakt, że kupiłem go w tym samym roku, w którym powstał Uber, czyli w 2009 roku! Miast obsługuje Uber Eats około 6000 w 45 krajach (informacja z 2021 roku). Ma na swoim sumieniu sporo monopolistycznych grzechów! O tym wszystkim możecie poczytać w anglojęzycznej wersji Wiki tutaj.

O motywacji będzie później, bo aplikacja podsuwa jakieś dziwne zlecenie. Ulica Kościuszki. Niedaleko. Punkt odbioru o nazwie mocno barokowej, nie mylić z „barową”:

„Gorąco polecam. Smaki z piekarni”.

Ja nawet na zimno nie polecam tej ulicy, rozkopanej od ponad pół roku. Najtrudniejszy etap rajdu Paryż – Dakar to cicha msza przy bocznym ołtarzu, w porównaniu z przejazdem Kościuszki. A na domiar złego za przejazd dostaje piętnaście karnych minut oczekiwania na zamówienie. Jak mawiał znajomy: „czas nie pyta, nie staje”, za to ja rozsiadłem się wygodnie przy piekarnianym stoliku i zadałem sobie egzystencjalne pytanie, o co w tej mojej przygodzie z Uberem tak naprawdę chodzi?
O pieniądze? Zdecydowanie szału nie ma… Kieszonkowe ucznia pierwszej klasy średnio zamożnej, polskiej rodziny. Prestiż? Niekoniecznie… chociaż? Gdyby porównać z aktualną prezydenturą?

Kudy mi tam do prezydentury! Przecież ja mam ADHD. Muszę być w ciągłym ruchu, podejmować nowe wyzwania. Ciągle mnie gdzieś nosi, bez względu na koszty i zmęczenie. Nie dla mnie fotel, ciepłe kapcie i telewizja w towarzystwie puszki z piwem. Nie dla mnie niedzielna suma, jej brak nie robi absolutnie żadnej różnicy.
Mnie jest potrzebna, proszę Państwa, adrenalina, zmiksowana z endorfinami. Jest taki typ ludzi, którzy robią wszystko, żeby świat zawalił im się na głowę, a oni potem z radością się z tego zawalenia wygrzebują. Zdecydowanie do nich należę. Bywało, że z zazdrością oglądałem filmy, w których kurierzy rowerowi na granicy ryzyka przeciskali się między samochodami, wpadali na chodniki rozganiając pieszych.

A zaraz po ADHD jest potrzeba obserwacji. Różne typy ludzkie w restauracjach, krótkie rozmowy z klientami. Dreszczyk emocji przy wyszukiwaniu adresu na monstrualnych osiedlach z gęsto rozsianymi apartamentowcami. Dla Krakusa wychowanego na architekturze komunistycznych osiedli, to zdecydowanie rozdział „Kraków nieznany”. Labirynty korytarzy, mnóstwo klatek schodowych, które niczym egipskie piramidy, ukrywają w swoim wnętrzu źródło mojego uberowego bogactwa. Wszystko to odkrywam z potężnym ładunkiem ciekawości i głodu poznawczego. Orbitowanie wokół własnego pępka zupełnie mnie nie interesuje.

No dobra, dobra, panie Przemek. Wyhamuj z tą poezją,

bo mini chlebek – tak się chyba ten cudowny produkt nazywa – upieczony i musisz go zawieźć na ulicę Zwierzyniecką. To około kilometra.

Po chlebku jest dziura, pustka, plaża i pustynia. Nie chcą jeść!!! Krążę chwilę po centrum, ale w końcu jadę na moje bulwarowe ławeczki nad Wisłą, żeby przeczekać kryzys. I akurat jedna jedyna w cieniu jest zajęta. Część przez rowerzystkę, a reszta przez jej rower. Podchodzę i najuprzejmiej jak potrafię pytam o możliwość przycupnięcia na skraju.

Dziewczyna, a właściwie kobieta lat około 30, maks 34, szczupła, brunetka, cera ciemna, ale nie śniada, ładne, orzechowe oczy. Zanim mi ustąpi miejsca, robi selfie, a potem trochę speszona oświadcza, że właśnie miała już jechać. Odbieram to jako wotum nieufności, ale niezrażony pytam, dokąd się wybiera, a potem skąd przyjechała… I nagle łapiemy kontakt, bo okazuje się, mieszka w Kostrzu, zaraz za moimi Pychowicami.. Przegadaliśmy ponad 40 minut. O górach, o Głównym Szlaku Beskidzkim, który przeszła w dwóch turach. O nartach, cenach mieszkań i pozostawianiu rowerów bez zapięcia. 40 minut 🙂
Ah, ta kobieca konsekwencja!!! A ja:

Gorąco polecam. Smaki z życia. Tylko dobrze wypieczonego!


Jeżdże więc tym cholernym Uberem i wożę Eatsy. Jestem bardzo czynny. Jak imiesłowy.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę