O Klasyku Beskidzkim już zapomniałem, mój rower kurzył się w kącie od tygodnia. Najwyższy czas pojechać gdzieś dalej. Tak koło setki, najlepiej po górkach. Podczas ostatniej wycieczki Robin napomknął o Droginii, postanowiłem wybrać się w tamte rejony. Tym bardziej, że…
Chyba na końcówce zjazdu,
już w bardziej płaskiej części, wpadł mi pomysł nadgryzienia batona. Jakoś go wyjąłem, ugryzłem, ale za cholerę nie mogłem wetknąć do kieszonki. Wpychałem, wpychałem, w końcu wepchnąłem, ale na mecie okazało się, że kieszonka jest pusta. Jakiś miejscowy pies zeżre go i dostanie korby. Albo zagryzie inne psy, albo jak wściekły będzie obszczekiwał kolarzy. Dobrze, że nie umieściłem w kieszonce telefonu i dowodu osobistego, bo poniósłbym kolejna stratę.