Na Schengen!

Na Schengen!

Przeglądnąłem sobie przed chwilą na moim blogu kategorię „podróże”. Mało tych wpisów – pomyślałem. I zabrałem się do roboty.

Wrzesień

do końca dni będzie mi się kojarzył z winobraniem. Bo z reguły właśnie wtedy, jak Francja długa i szeroka, ruszają zbiory. Gdy zawitałem tam pierwszy raz, jeszcze o tym nie wiedziałem. Poruszałem się zupełnie po omacku, zygzakowałem niczym wąż, szukając właściwego miejsca. Do kraju Gallów wyruszyłem zaraz po ultra krótkim zwiedzaniu Norwegii. Powód – koniec ważności wizy norweskiej. Tak, tak, były takie czasy, kiedy zanim cię wpuścili na Zachód, musiałeś żebrać o pozwolenie. Wcześniej jednak była bitwa o paszport. Bo, żeby mogli wpuścić, najpierw musieli wypuścić. Jego wydanie wymagało wypełnienia długaśnego, bodaj ośmiostronicowego formularza, który zapewne dzisiaj budziłby grozę nawet wśród absolwentów renomowanych wyższych uczelni. Między setkami danych musiały na nim znaleźć się również pieczątki uczelni lub zakładu pracy.

Samo złożenie wymagało osobistego meldowania się co jakiś czas w kolejce przed milicyjnym biurem paszportowym. Z reguły codziennie rano dyżurny kolejkowicz odczytywał listę. Ta demokratyczna procedura trwała od kilku do kilkunastu dni, zależnie od ilości chętnych. Potem było pełne napięcia oczekiwanie na wydanie dokumentu.

Niektóre kraje umożliwiały wcześniejsze złożenie aplikacji o wizę, więc równolegle należało odwiedzić stosowne konsulaty lub ambasady. Norwegia, Szwecja – Warszawa. Niemcy – Katowice.

Jedynie Francja miała placówkę w Krakowie.

Ale tak się w 1981 roku złożyło, że nie znałem nikogo, kto mógłby mi przysłać zaproszenie, w przypadku Francji warunek konieczny otrzymania wizy. A jechać tam chciałem bardzo. Krajom skandynawskim wystarczało udokumentowanie odpowiedniego stanu konta dewizowego. Ponieważ z Norwegii miałem zamiar pojechać do Francji, jeszcze przed wyjazdem uknułem chytry plan, że tranzytowe: duńską i niemiecką, oraz docelową francuską, załatwię w Oslo. Pomysł był ryzykowny, bo nie wiedziałem, czy nie będą się czepiać, że od tego są polskie konsulaty.

Przesiąknięty komunistyczną biurokracją i brakiem wiedzy o demokratycznych mechanizmach funkcjonujących w wolnym świecie, obawiałem się, że odprawią mnie z kwitkiem. Na szczęście okazało się, że nie ma z tym najmniejszych problemów. Odpowiednie stempelki w paszporcie za circa about 10 dolarów od sztuki uzyskałem bez problemu. Nie przypominam sobie, na jak długo mnie wpuszczono, bo wyleciało mi z głowy, czy ją później przedłużałem. A tak stało się 3 lata później, gdy musiałem odwiedzić prefekturę policji w Rennes, żeby oficjalnie przedłużyć pobyt.

Zaopatrzony w duńską i niemiecką wizę tranzytową

ruszyłem w podróż na południe. Pierwszy etap z Oslo do Malmo pokonałem w dwa dni stopem, nocując po drodze na szwedzkiej plaży nad Morzem Północnym. Po drodze jeszcze zwiedziłem katedrę w Lundzie. Przez cieśninę Oresund przeskoczyłem do Kopenhagi promem. Jednostka była pełna młodych Szwedów, którzy w tempie błyskawicznym upijali się w licznych barach. Powód – w Szwecji i Norwegii, w przeciwieństwie do Danii, obowiązywała prohibicja. Alkohol był potwornie drogi. Litrowa butelka „Żubrówki” kosztowała równowartość 20 dolców, ( w Polsce w „Pewexie” około 2$). Jako kompletnie trzeźwego obserwowano mnie z wyraźną dezaprobatą, ba, nawet obrzydzeniem. Dlatego w stolicy Danii wyokrętowałem się czym prędzej i wziąłem kurs na główny dworzec kolejowy. Zrezygnowałem z autostopu, bo wolałem zapłacić za nocny pociąg i dotrzeć do Hamburga, niż spać w Kopenhadze. Kilka wolnych godzin do odjazdu spędziłem włócząc się po parku Tivoli. Kusiło mnie skorzystanie z atrakcji Tivoli, ale przede mną było nieznane, musiałem oszczędzać każdy grosz.

W terminalu Rodbyhavn załadowano wagony na prom i po krótkiej kontroli paszportowej opuściliśmy Danię. Podróż Fehrmanbelt trwała około godziny. Trasę, którą pokonałem na przełomie sierpnia i września 1981 roku, będzie można już wkrótce przebyć najdłuższym na świecie, zatapianym tunelem o długości prawie 18 km. Idea tego rozwiązania eliminuje konieczność drążenia otworu w dnie morskim.

Przy pomocy specjalnego statku,

którego zbudowanie powierzono polskiej firmie z Gdyni, zostanie w dnie wyżłobiony wykop. Do niego trafią wykonane na lądzie betonowe segmenty tunelu o długości 217 metrów każdy. 79 takich elementów, plus 10 specjalnych, zostanie połączonych innowacyjną metodą.

Wizualizacja budowy tunelu

Koszty budowy zwrócą się po 39 latach, a żywotność konstrukcji przewidziano na 120 lat. Duńczycy, którzy są pomysłodawcami i generalnymi wykonawcami, przewidują otwarcie w 2029 roku! Zatem czas budowy wyniesie około 9 lat. Przejazd wyniesie 10 minut samochodem, a 10 pociągiem.

Tunel zapewni najkrótsze połączenie krajów skandynawskich z Europą Środkową, a czas podróży z Kopenhagi do Hamburga skróci się dwukrotnie. Piszę o tym, bo bardzo fascynuje mnie, jak świat zmienia się w ciągu naszego życia. Oczywiście, nie zawsze są to zmiany na lepsze, ale mimo wszystko warto bacznie rozglądać się dookoła, żeby nie przegapić czegoś ciekawego!

Ale wróćmy do czasu zaprzeszłego

Hamburg powitał mnie dość chłodnym porankiem. Musiałem teraz wymyślić jak wydostać się z tego portowego miasta bez znajomości języka niemieckiego. Wtedy po raz pierwszy zastosowałem metodę, która sprawdziła się na tyle, że wdrożyłem ja na stałe do mojej autostopowej praktyki. Postąpiłem tak jeszcze w Bonn i Nancy.

Otóż wydostanie się dużego miasta stopem wymagało dostania się w rejony peryferyjne. A i tam nie bardzo było wiadomo czy jakiś kierowca nie jedzie lokalnie i będę stał do, za przeproszeniem, usra…j śmierci. Alternatywą był pociąg podmiejski do małego miasteczka w pobliżu, z którego już łatwiej wyruszało się w dalszą podróż. Minus tego rozwiązania był taki, że, przynajmniej na początku, rezygnowałem z autostrady.

Więcej o tym fragmencie mojej włóczęgi przeczytacie tutaj.

Warto wspomnieć, że był to dla Polski gorący czas Lecha Wałęsy, związku zawodowego „Solidarność” i tzw. odnowy partyjnej. Wydarzeniami w Polsce żył niemal cały świat. Na pewno większość Europejczyków przyglądała się im z niekłamanym zainteresowaniem. Dlatego wszędzie przyjmowano Polaków z gorącą życzliwością. Pamiętam, że miałem ze sobą całą furę znaczków „Solidarności”, które wręczałem w dowód wdzięczności za podwiezienie.

Dalszy ciąg etapu niemieckiego, zresztą ostatni, który opisałem w poprzednim „blogowym” podejściu znajdziecie w tekście o wymownym tytule „Niemcy mnie męczą”. Musicie go koniecznie przeczytać, bo bez tego zgubicie trasę i nawet najlepszy GPS Wam nie pomoże.

Z Euskirchen,

niewielkiego miasteczka pod Bonn wyjechałem dość szybko. Z drogi zgarnął mnie młodzieniec w Datsunie z nieco zdezelowanym zawieszeniem. Samochód jak szalony podskakiwał na każdym wyboju – fakt, że jak przystało na Zachodnie Niemcy – było ich niewiele. W dodatku radio samochodowe gościa było zaopatrzone w dwie pary słuchawek, więc na zmianę, to słuchaliśmy muzyki, to gadaliśmy o różnych rzeczach. Droga była dość kręta, więc miałem zapewniony efekt jazdy średniej klasy kolejką diabelską ! Dotarliśmy w pobliże granicy niemiecko-belgijskiej do Prum. Nie, żebym tak świetnie pamiętał nazwy sprzed ponad 40. lat. Po prostu zerknąłem na mapę tych okolic Gugla i po połączeniu odpowiedniej pary neuronów moja głęboka pamięć podsunęła mi tę nazwę.

Prawdę mówiąc mam już dość tego pisania, ale głupio zostawić PT Czytelniczki i Czytelników na głębokiej prowincji wrogiego nam wówczas kraju, czyli NIemieckiej Republiki Federalnej.

W związku z tym zabieram się z następnym uprzejmym kierowcą, którym ni mniej ni więcej okazuje się trener żeńskiej reprezentacji Polski w którejś z gier zespołowych. To najprawdopodobniej była piłka ręczna, ale tutaj neurony mózgowe odmówiły mi już dalszej współpracy. Mój dobrodziej jechał do Luksemburga, ale gdy wyjaśniłem mu, że jest on bez wizy dostępny dla mnietak samo jak Księżyc, postanowił podrzucić mnie pod granicę francuską. Bardzo żałowałem tego Luksemburga, przyznam, że „kolekcjonowałem” już wtedy odwiedzane kraje, a tu taka okazja przeszła mi koło nosa.

Dojechaliśmy do Perl, z którego pieszo przekroczyłem granicę jakimś zupełnie marginalnym przejściem o bardzo skromnym stanie osobowym.

Natomiast symboliczne znaczenie ma fakt,

iż Perl bezpośrednio sąsiaduje z Schengen, o które dosłownie otarłem się moim wielki plecakiem. Mam wrażenie, że obecność upartego autostopowicza z Polski w tym ważnym dla naszej historii momencie, mogla mieć kluczowe znaczenie dla tego, co wydarzyło się ponad 25 lat później.

Ponieważ aż zatyka mnie z dumy, że raz przynajmniej znalazłem się o właściwym czasie, we właściwym miejscu, pozwolę sobie zrobić krótką przerwę. Także dlatego, że za chwilę dosłownie wkroczę na moją Ziemię Obiecaną – Francję!

Leave a Reply

Powrót na górę