Zastanawiam się, czy gdyby sprawozdawcy TV Trwam byli na miejscu, nie dochrapalibyśmy się polskiego podium. Czekałem, aż takie słowa padną z ust enfent terrible sprawozdawców sportowych, redaktora, niestety Przemysława, Babiarza.
Co było robić. Pozostało mi jeszcze radio albo Speakers Corner w londyńskim Hyde Parku. Ale tutaj szanse również miałem niewielkie od czasu, gdy wraz z kolegą miotaliśmy polskie przekleństwa nad naszymi ciągle psującymi się rowerami, które przytaszczyliśmy promem ze Świnoujścia.
W tym momencie splot adrenaliny i endorfin osiągnął niespotykany do tej pory poziom. To tyle wokół inseratów, a Anna wybrała właśnie mój. Nie zapaliła mi się żadna czerwona lampka, nie włączył się żaden mechanizm immunologiczny. Kolejna propozycja nastąpiła nazajutrz.
Nawet rzuciłem do żony takie hasło, że w celach obronnych zmajstruję naprędce tekturową makietę psa wraz z linewką. Podobnie jak Montgomeremu fałszywe czołg pomogły wygrać bitwę po El-Alamein i pokonać Rommla, tak i my wkupimy się w łaski lokalnej społeczności. Bo spacerując bez psa czuliśmy się nędznymi pasożytami, żerującymi na czystej sierści narodu.
Nawet najdziksze przygody Apaczów Karola Maya przegrywały z zabawą w chowanego. Jakież były moje męczarnie, gdy przytłoczony rysowaniem szlaczków lub mozolnym przenoszeniem reszty z dzielenia, tęsknym okiem patrzyłem przez kuchenne okno na zwisające z trzepaka koleżanki.