Myślicie, że to moje zachowanie to też efekt jakichś arystokratycznych skłonności? Podobnie jak wjeżdżanie na koniu do Sejmu? Czasy się zmieniają – wyobrażacie sobie Prezesa K. na kasztance cwałującego przez Wiejską?
Ale zostawmy języki obce z boku. Bo jak wiadomo, Polacy nie gęsi i swój język mają. Też mi się tak wydawało. Myślałem sobie tak: „Świetnie piszesz bracie, błyskotliwe frazy, pomysłowe tytuły – w ogóle jesteść Gość!. Zakładaj bloga i jazda”. Moja skromność trochę mnie przeraziła, ale ego dało mocnego kopa w tyłek: „Jedziesz! Nie obcyndalaj się. Będą czytać”
Roztaczana wizja powodowała moje rosnące rozmarzenie. Już widziałem, jak idę do sąsiada, prosząc go, aby utrudnił mi wjazd w celu zgłoszenia tego na policję. On chętnie przystaje na moją propozycję – w końcu obu nam zależy na utrzymaniu dobrosąsiedzkich stosunków.
Język, o którym wspomniałem najprawdopodobniej pochodzi od plemion jar wódzkich, czyli jak odkryli arecheolodzy na podstawie pozostałości, od plemion, które ukrywały się w jarach i parowach. Udało się też stwierdzić, że spożywali pędzony przez siebie alkohol w postaci wódki. Stąd nazwa.
Znajomość łaciny moja licealna profesor zwana „Kobrą” z racji sporych okularów na nosie, wyceniła również na tróję. Ale nie przewidziała, że po 40 latach wyciągnę asa z rękawa i błysnę językiem Horacego jak swoim.