Króciutki utworek wymyślony na rolkach wśród opadających liści.
Wybrać silnik Hondy, Kawasaki czy może chinola? Honda droższa i w dodatku delikatniejsza. Aleć to zawsze Honda. Kawasaki nie, bo za drogi. To jasne. Szkoda, bo ładnie mieć taki japoński „brand” na widoku. Sąsiadów szlag by trafił. Chyba jednak chinol. Ale ożeniony z Włoszką. Może być przypał, bo Chińczyk cichy i pracowity jak mrówka, a Włoszka taka bardziej rozdarta – „mamma mia, mamma mia” z ust jej nie schodzi. Tyle, że szykowna i byle czego z marketu na siebie nie włoży. Design jak się patrzy.
Oczywiście, podobnie jak dzielny wojak Szwejk zaplątałem się w dygresję. No, może to jednak bardziej strumień świadomości, o którym wspominaliśmy na języku polskim z nieodżałowaną prof. Krengiel. Jak w dzisiejszym pandemonicznym świecie: każdy gada swoje, a mało kto słucha. A jeszcze jak gada głośno i ładnie wygląda, to jest the best. Czyli na tym tle wypadam słabo. To nawet ostatnio laryngolog stwierdził, bo nie potrafiłem wyjąkać zwykłego „yyyy” z lusterkiem w gardle. Po prostu porażka.
Póki co posługiwanie się dwoma smartfonami nie weszło do powszechnego użycia, a zeszyt i długopis nadal królują w szkołach. Dzisiaj wyczytałem w prasie, że nauczyciele masowo organizują różnej maści sprawdziany, aby zweryfikować stopień nasycenia uczniów wiedzą podczas zdalnej nauki. Z tego wysnuwam wniosek, że potraktowali ten sposób zajęć jako zaplanowane wagary, po których należy uczniów postawić do pionu.
Odpakowałem pudełko i szybciutko wyjąłem gęsto zadrukowaną kartkę z nadzieją, że informacja w ulotce zada kłam słowom dręczyciela z apteki. Niestety moja miłość do słowa drukowanego została poważnie nadszarpnięta. Mianowicie jako ściśle określona osoba, której przepisano lek dowiedziałem się, że stosuje się go w zaburzeniach snu o ciężkim przebiegu.