Postanowiłem zaprzeczyć prawom fizyki i zupełnie samotnie kontynuować masę krytyczną.
Mimo, żem cyklista dość cherlawy i swobodnie można uczyć na mnie anatomii układu kostnego, to jednak masa – i to sporego kalibru – będzie ze mnie będzie pierwszorzędna. Po pierwsze – – – -jestem wybuchowy. Po drugie – łatwo wpadam w reakcję łańcuchową, szczególnie podczas jazdy rowerem. A po trzecie – z racji, hm… wieku i temperamentu zarazem – nietrudno utworzyć ze mnie grzyb atomowy.
zrobiłem inspekcje ścieżek rowerowych na wschód od mojej kwatery głównej. Czyli Pychowic. Zapuściłem się za M-1.
Ostatnio w ogóle zapuszczam się. Psychicznie i fizycznie. Mało czytam, a jeśli już, to nierozumnie. Przeczytam i zapomnę. Ale tak jest taniej. Bo nie musze kupować dużo książek.
Na Andrzejkach nie byłem, ale wróżbę wymyśliłem. Bardziej nowoczesną niż woskową. Właściwie bardziej wojskową niż woskową. Bo wszedłem na wagę – zupełnie jak w komisji dla rekrutów. No i z wagi tejże zszedłem zważony nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Co prawda nie wyświetlił się komunikat; „Proszę się ważyć pojedynczo”, ale i tak mój ciężar mocno mnie zaskoczył.
KILKA DANYCH
Przejechałem 184 km. Czas jazdy to 7h 15 minut. Suma podjazdów: 2078 m. Średnia prędkość jazdy 25,5 km/h. Kilka osobistych rekordów na tzw. segmentach, czyli odcinkach rejestrowanych za pomocą aplikacji Strava.
Zjadłem 6 batonów, wypiłem 3 litry wody i soków. I pół kilograma makaronu przed i po wycieczce…O ile schudłem – lepiej nie pisać.
W piątek Marcin zaproponował jakiś większy wyczyn kolarski – Sołtysi Dział, który ma specyficzną, aczkolwiek niecenzuralną nazwę ludową, do tego Maków Podhalański. Pętla nieco poniżej 100 km. Nie bardzo się w tym widziałem, po wczorajszym treningu dość mocno otwartym…Ale jak…